Miałam nie mówić o mojej depresji wcale. Przemilczeć ją. Ocalić chociaż jeden obszar życia, do którego ta franca nie miałaby wstępu. W którym byłoby normalnie. Żyłabym sobie w Internecie – jak dotąd. Bez skazywania się na czytanie komentarzy głoszących, że „Tyś jak taka księżniczka z baśniowego zamku, która nie ma prawdziwych zmartwień, więc wygodnie jej mieć depresję i odciąć się nią od tych wydumanych problemów pierwszego świata.”
Ale cholera! My żyjemy w pierwszym świecie. A depresja jest chorobą cywilizacyjną. Niemówienie o niej nie sprawi, że zniknie. Sprawia za to, że chorzy zdecydowanie zbyt późno decydują się na leczenie.
Tak, jak ja.
No bo co to za pomysł, żeby wesoła, pełna życia, szczęśliwie zakochana, mająca pasje i przyjaciół, spełniająca się zawodowo dziewczyna miała depresję? Halo, przecież nie wycinam sobie na nadgarstkach wzorków żyletkami, nie ubieram się na czarno, nie płaczę po kątach słuchając w tłustych włosach smutnych piosenek. Nie, nie, depresja to nie dla mnie.
A jednak.
Może gdybym wiedziała, że może się przytrafić każdemu, że wcale nie musi być jej widać, szybciej zgłosiłabym się po pomoc?
Kilka miesięcy po diagnozie, gdy zaakceptowałam fakt, że jestem chora, obraziłam się na cały świat. Na tych wszystkich ludzi, którzy chorują, którzy nie wspominają o tym ani jednym słowem i nie dają po sobie poznać, że cokolwiek jest nie tak. Czułam się w tym osamotnieniu jak najgorszy człowiek na świecie. Ofiara losu, która nie potrafi sobie ze sobą poradzić, podczas gdy wszyscy inni n o r m a l n i ludzie nie mają takich problemów.
Wygląda na to, że mają je tylko numerki w statystykach WHO (Światowa Organizacja Zdrowia), które mówią, że depresja dotyka globalnie około 350 mln ludzi, co stanowi około 5-6% populacji świata. Czyli raptem dwa miliony Polaków z hakiem? kto by się tym przejmował. Co więcej, szacuje się, że w Polsce co najmniej połowa chorych, doświadczających epizodu ciężkiej depresji, w ogóle nie zostaje zdiagnozowana (źródło, źródło 2).
W myśl zasady „bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie” zaczęłam wspominać o zaburzeniach nastroju, jednak bez zagłębiania się w szczegóły. Nie zamierzałam i nie zamierzam robić z choroby znaku rozpoznawczego. Jednak w listopadzie 2018 trudno było przemilczeć przedłużający się epizod depresji – tak silny, że całkowicie uniemożliwiający pracę, a co dopiero prowadzenie i wspieranie grupy kursantek „Korepetycji z odchudzania”. Powiedziałam dziewczynom, że potrzebuję przerwy.
Była wśród nich Sylwia. Napisała do mnie pół roku później:
„Myślę, że gdyby nie Ty, nie poszłabym do psychiatry i na terapię. Bo wiesz – patrzyłam zawsze na Ciebie jak na zajebistą babkę, która odnosi same sukcesy. Dotąd myślałam, że psycholog, psychiatra, to nie są specjaliści dla twardych babek. No i, jako ta twardzielka, nigdy nie pomyślałam, że może czas się do nich udać. Uratowałaś mnie. A raczej dałaś mi kopa, żebym uratowała siebie.”
Kwadrans po przeczytaniu wiadomości zaczęłam pisać ten tekst – celem rozdania kolejnych kopniaków dla wszystkich tych, którzy ciągle myślą, że to po prostu gorszy dzień, gorszy miesiąc, gorszy rok. Że jeszcze nie jest tak źle, żeby udać się do specjalisty (a nawet, jeśli wiedzą, że jest źle, to nie chcą poprosić o pomoc).
A może skończę szybciej pisać, niż zaczęłam? Ani to miłe wspomnienia, ani żaden komfort opowiadać o tym, że nie potrafiłam poradzić sobie sama ze sama. Słabość, brak pewności siebie, niskie poczucie własnej wartości, zwątpienie, lęk, emocjonalność – to nie są części mnie, których byłam największą fanką. Zawsze lubiłam myśleć o sobie, że dopóki będę mieć szczere chęci, za którymi pójdzie działanie – wszystko da się ogarnąć.
Tego nie ogarnęłam. Długo nie ogarniałam nawet faktu, że ta franca depresja może napatoczyć się każdemu. Nawet tym wesołym, młodym, realizującym się zawodowo, robiącym dużo ciekawych rzeczy osobom z dobrymi perspektywami na przyszłość, otoczonym przez bliskich i życzliwych ludzi. Przekonałam się o tym bardzo boleśnie, ale po niemal 2,5-letniej terapii wiem, że nawet jeśli czasami wydaje się, że nie można z tego wyjść, to można przez to przejść.
Postaram się opowiedzieć Ci moją historię. Co sprawiło, że w lutym 2017 trafiłam na leczenie do psychiatry i terapię do psychologa oraz co musiało się wydarzyć, bym w lipcu 2019 roku zakończyła leczenie i dziś mogła stwierdzić: jest dobrze.
Nigdy nie pogodziłam z faktem, że choruję na depresję. Zaakceptowałam go – uznałam jego istnienie, przyznałam się przed sobą, że choroba stała się częścią mnie, ale na tym koniec. Nigdy nie chciałam utożsamiać się z depresją, podejmować przez jej pryzmat żadnych decyzji ani robić z niej taryfy ulgowej.
Ja chciałam z niej wyjść. Koniec kropka. Podejmowałam się rozpaczliwych prób walki o siebie, nawet gdy zupełnie nie miałam na to siły. Nawet w najgorszych, najmroczniejszych i najbardziej gównianych momentach, nie pozwalałam sobie trwać długo przy myśli, że „tak już zostanie na zawsze”.
Trochę tak, jakbym stała dzień i noc całymi miesiącami na mrozie i wiedziała, że nie mogę zasnąć – bo gdy się poddam, zamknę oczy, to już koniec. Przegrałam.
Nie wiem, czy to dobre podejście, ale nie było mnie stać na żadne inne. Potrzebowałam stwarzać przed sobą pozory działania przeciw tej chorobie. Często czułam, że przegrywam, ale regularne spotkania z psychologiem, dobrze dobrane przez psychiatrę leczenie i wsparcie męża pomagały wytrwać w procesie.
Może jeśli opowiem o tym trudnym okresie, któraś z Was poczuje, że najwyższy czas zawalczyć o poprawę jakości życia?
Boję się, że wraz z jesienią przyjdzie kolejny epizod depresji – jak co roku od czterech lat. Że nie będę w stanie ukończyć tego tekstu, albo sytuacja zmusi mnie do zmiany narracji z „mam to za sobą” na „nadal muszę walczyć”.
Pewnie, że wolałabym się nie bać. Ale fakt, że jakiś stan podoba mi się mniej niż inny nie znaczy niestety, że przestanie istnieć. Skoro strach i tak ciągle ze mną jest, to nie pozostaje nic innego, jak wziąć go pod pachę i iść robić swoje. A przynajmniej spróbować.
Są dwa główne powody. Pierwszy bardzo egoistyczny. Coraz bardziej męczy mnie myśl, że nie poruszając tematu choroby, dokładam swoją cegiełkę do zmowy milczenia w temacie zaburzeń psychicznych. Tej samej, przez którą sama długo nie chciałam zacząć się leczyć.
Drugi to chęć dodania Ci odwagi do podjęcia walki o poprawę komfortu życia. Nie mam lepszego pomysłu, żeby pokazać, że zaburzenia psychiczne i podjęcie leczenia, to żaden powód do wstydu, a leczenie jest dobre i potrzebne! Nie jest czymś, czego należy za wszelką cenę uniknąc. Chcę Cię zachęcić do walki o siebie. Bo to jak się czujesz, jest ważne, wiesz?
Ja nie wiedziałam tego zdecydowanie zbyt długo.
UWAGA: Jeśli wpadłaś/wpadłeś na ten tekst przypadkowo, nie masz pojęcia, co robi na moim blogu, wcale Cię to nie interesuje i i nie rozumiesz po co w ogóle opowiadać o takich rzeczach – nie czytaj dalej.
Długo wahałam się czy opublikować ten tekst. Jednak jeśli jedyny argument na nie to potencjalnie zły odbiór i nieprzyjemne rzeczy, które przyjdzie mi o sobie przeczytać – to biorę to na klatę. Ta publikacja powstała z myślą o osobach, które czują, że im w życiu źle. Może nawet pogodziły się z tym, że to musi tak wyglądać? Że czasami tak jest, taki już ich los?
Posłużę się wyświechtanym tekstem, który najlepiej oddaje moje intencje: jeśli ta historia pomoże chociaż jednej osobie, to będzie warto.
Opiekę merytoryczną nad publikacją objęła psycholog, mgr Ewa Gierasimuk www.intoself.pl.
Przenieśmy się na chwilę do roku 2016. Wtedy zaczęły dziać się najgorsze rzeczy w mojej głowie i wtedy również wszystko szło zajebiście dobrze.
Chwilę wcześniej obroniłam licencjat z biotechnologii medycznej. Czułam dużą ulgę, bo zamiast dwóch kierunków (dziennej biotechnologii i zaocznej dietetyki) miałam przed sobą już tylko studia II stopnia z dietetyki. Rzuciłam pracę (organizacja eventów w branży life science), której oddawałam się wtedy przez 1,5 roku, a na pożegnanie usłyszałam od szefa: „Monika, ludzie w Polsce nie mają pieniędzy na chleb, a co dopiero na to, żeby dowiadywać się od Ciebie, który chleb warto kupić”.
Pewnie nie wiedział, że zasadził mi tamtego dnia jeden z najbardziej motywujących kopów w dupę. Blog (drlifestyle.pl) istniał już ponad dwa lata i zaczął przynosić sensowne pieniądze, a ja wierzyłam, że maleńki odsetek Czytelników, a w zasadzie głównie Czytelniczek (każdego miesiąca było ich ze mną wówczas 100 000) zechce mi zaufać i odchudzać się właśnie ze mną.
Podróżowałam, otaczałam się dobrymi ludźmi, robiłam ciekawe rzeczy, zarabiałam fajne pieniądze, studiowałam interesujący kierunek, miałam więcej czasu dla siebie niż kiedykolwiek. Jakby tego było mało, na palcu serdecznym mienił się tysiącami kolorów pierścionek zaręczynowy, który Łukasz wsunął mi na palec w Barcelonie. Dziękował mi za to, że staje się przy mnie lepszym człowiekiem, mówił, że za mną szaleje i chce spędzić ze mną resztę życia.
Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, że naprawdę wszystko było w porządku? Tylko satysfakcji i radości było z tego wszystkiego niewiele. Brakowało czasu na docenianie tego, co jest, bo głowa była zajęta wymyślaniem sposobów na realizację kolejnych celów.
Wtedy nie widziałam w tym nic złego.
Ale nagle zaczęły dziać się rzeczy najgorsze.
Do lekarza nie przywiodła mnie depresja. Nie, nie!
Nie wpadałbym na to przez całe życie – ten pomysł tak bardzo nie pasował do moich wyobrażeń na własny temat.
Zaniepokoiła mnie inna sytuacja. Pojechałam odwiedzić przyjaciółkę. Po drodze narastał we mnie nieuzasadniony niepokój. Czułam nieprzyjemny ucisk w klatce, serce biło coraz szybciej, a próby racjonalizacji sytuacji nie przynosiły żadnej poprawy. Lęk stawał się coraz silniejszy. Na poziomie logicznym wiedziałam, że nic mi nie grozi – przecież tylko jechałam tramwajem w dobrze znane mi miejsce, byłam tam wcześniej wiele razy. A jednak, gdy wysiadłam z tramwaju, nagle całkowicie straciłam zdolność logicznego myślenia i poczucie orientacji – świat zaczął się kręcić w zastraszającym tempie, brzmieć najgroźniej, jak tylko się dało i spowijać mnie w mroku, przez który przebijały się jedynie złowieszczo błyskające światła i srogie spojrzenia otaczających mnie postaci. To wszystko i tak przestawało mieć znaczenie, skoro czułam, że zaraz moje serce się zatrzyma, wyskoczy z piersi i już nigdy do mnie nie wróci – tak, jak i ja, nie wrócę do siebie.
Nie wypadło mi serce, ale wypadł telefon z trzęsących się rąk. Wiedziałam, że telefon leży na ziemi, jest w nim nawigacja, która mogłaby mi pomóc, być punktem odniesienia, przywołaniem do rzeczywistości. Czułam, że gdybym go podniosła, mogłabym sobie pomóc, ale no właśnie – nie mogłam. Nie mogłam się ruszyć, nie miałam pojęcia, jak sobie pomóc. W mojej głowie rozgrywała się zupełnie inna sytuacja, w której coś realnie mi zagraża. Zdawała się trwać wieki i być sytuacją bez wyjścia.
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to atak paniki (ani tym bardziej, że jest jednym z najsłabszych, z jakimi przyjdzie mi się zmierzyć).
W końcu pojawiła się ulga. Wróciła zdolność realnej oceny sytuacji, straszki odeszły. Schyliłam się po telefon i zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że nikt z mnóstwa otaczających mnie osób nie zauważył, że „z tą dziewczyną chyba dzieje się coś złego”. A może wyglądałam zupełnie normalnie i po prostu stałam jak wryta przez kilkanaście sekund? A może widzieli, tylko nie chcieli zobaczyć?
Ja też nie chciałam tego widzieć. Nie chciałam nawet myśleć o tym, co się wydarzyło. Nie chciałam o tym rozmawiać – nawet z przyjaciółką, do której wtedy przyjechałam. Bałam się tego, że się boję i braku odpowiedzi na pytanie „czego się boisz?”.
Na szczęście Łukasz nie wziął ze mnie przykładu i zamiast udawać, że problemu nie ma, widział i reagował na to, że od kilku miesięcy towarzyszyła mi bezsenność, ataki paniki i realistyczne koszmary, które zdawały się trwać jeszcze długo po przebudzeniu. Napadowe bóle głowy odbierające zdolność do zrobienia czegokolwiek (towarzyszyły mi od wielu lat, ale ich częstotliwość i intensywność nieznośnie rosło). Nerwobóle. Zamartwianie się wszystkim, co się dzieje i co może się wydarzyć. Lęk w roli dominującego uczucia, towarzyszącego mi przez całą dobę.
I koniec końców – delikatnie mówiąc – przewidzenia. Trudności w rozróżnieniu jawy od wytworów wyobraźni. Brak zaufania do siebie, utrata zdolności samodzielnej oceny sytuacji. Niemożność spędzania czasu w samotności. Poczucie, że to, co się ze mną dzieje, „nie jest n o r m a l n e” – co stało się doskonałym pretekstem do dołożenia sobie kolejnych obaw i pogłębienia przekonania, że nie mogę nikomu o tych moich dziwactwach powiedzieć, bo przecież nikomu n o r m a l n e m u takie rzeczy się nie zdarzają.
Poza tym – zmiany nasilały się stopniowo. Wiele z tych stanów zdarzało mi się już w dzieciństwie. Przywykłam do tego, że większość czasu spędzam w trybie „czuwania”, a nie w stanie neutralnym, że jestem strachliwa, bardzo ostrożna i dużo myślę o przyszłości. Jednak z czasem nawet ja nie mogłam już ignorować nasilających się objawów. Chroniczny brak snu i odczuwany stale lęk powodowały przemęczenie i rozdrażnienie. Myślałam, że to objawy stresu i na pewno przejdą, gdy przestanę tak dużo czasu poświęcać uczelniom, pracy i blogowaniu.
Przestałam. A najgorsze miało się dopiero zacząć.
W mojej głowie działy się wtedy bardzo złe rzeczy. Choć miałam świadomość, że nie toczą się w realnym świecie, to moje reakcje były do bólu prawdziwe – kołatanie serca, gęsia skórka, duszności, wymioty, napadowe bóle głowy.
Wszystko „bez powodu”. Nie działo się NIC złego, ale jednocześnie działo się ze mną bardzo źle.
Dla Was to raptem kilkanaście akapitów, paręset słów, z których nie wynika nic aż tak strasznie złego. Ja czułam, że wariuję. Bardzo mało i bardzo źle spałam. Przerażały mnie nieistniejące rzeczy. Ucisk w klatce piersiowej bywał tak silny, że wzięcie głębokiego oddechu zdawało się być niemożliwe. Dorosła kobieta musiała prosić narzeczonego, żeby wstał z nią w nocy, włączył światło, poszedł do salonu i zapewnił ją, że na pewno jesteśmy sami w mieszkaniu.
Ta sytuacja była dla mnie nie tylko trudna, ale też upokarzająca. Czułam się zażenowana samą sobą i bardzo chciałam, żeby „to” – czymkolwiek jest – już sobie poszło. A było tylko gorzej. Kolejne tygodnie przyniosły nasilenie objawów.
Ł. powiedział krótko, ale na tyle stanowczo, że wiedziałam, że moje sprzeciwy i tak nie będą miały znaczenia: Kocie, musimy poszukać dla Ciebie psychiatry.
No to idę. Z Jeszcze-Wtedy-Nie-Mężem za rękę, bo przecież nie chcę być sama, gdy będą wiązać mnie w biały kaftan, naszprycują lekami i wywiozą do wariatkowa!
Wiele osób nie wierzy w naukę, bo „badania są finansowane, nie wiadomo komu wierzyć, big pharma trzyma ich wszystkich w szachu, a tak w ogóle to jak to ja do psychiatry przecież nie jestem świrem i w związku z tym… woli wierzyć przypadkowym ludziom, którzy na poparcie swoich tez mają jedynie własne obserwacje i opinie.
Ja wierzę w medycynę. uważam ją za najlepszą dziedzinę wiedzy o zdrowiu. Jeśli podejrzewam, że mogę być chora, to ma mnie diagnozować (i ewentualnie leczyć) lekarz. Nie forum internetowe, nie ciocia Krysia, nie KTOKOLWIEK inny, nawet nie moi bliscy.
Jest choroba – idę do lekarza. A jak trzeba, to pięciu czy dziesięciu i szukamy wspólnie rozwiązań i/lub leków, które mi pomogą.
Ł. wybrał dla mnie trzech psychiatrów, z których ja musiałam wybrać jednego. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie szuka się takich specjalistów, bo przecież nikt z rodziny czy znajomych nigdy nie wspominał, że korzystał z ich usług.
To dotyczy tylko jakichś „innych” ludzi, ale nas nie, prawda?
Nieprawda. Wizyta u psychiatry była normalną wizytą lekarską. Z czym Państwo przychodzą, jak mogę pomóc, jakie są objawy, co Państwa niepokoi, co dokładnie się dzieje, kiedy się zaczęło, jak często występuje, jak się wtedy Pani czuje.
Bałam się, że mam poważną chorobę psychiczną, a zamiast strasznej diagnozy dostałam uśmiech lekarza i słowa „Pani kochana, takich jak Pani, to ja mam tu dziesięć dziennie”. Najprawdopodobniej nerwica lękowa, zobaczymy.
UFF!
Gdy przeczytałam kryteria diagnostyczne mojej choroby – zespołu lękowego uogólnionego – widziałam w tym charakterystykę mojego życia w ostatnich miesiącach:
Gdy po diagnozie zaczęłam wertować Internet, okazało się, że nie jestem Jedynym Człowiekiem Na Świecie z Tą Strasznie Wstydliwą Przypadłością. Zespół paniki i uogólnionego lęku jest jednym z najpopularniejszych zaburzeń psychicznych na świecie.
Odczucia w trakcie ataku paniki, stanów lękowych czy zaburzeń świadomości były dla mnie doświadczeniem tak samo realistycznym, jak gdyby ich przyczyna była prawdziwa. Stan najwyższego zagrożenia mijał, a w jego miejsce pojawiał się wstyd i poczucie winy, bo „dorosła, mądra kobieta nie powinna się aż tak bać rzeczy, które dzieją się tylko w jej głowie”.
Wypowiedź profesora Gałeckiego – krajowego konsultanta ds. psychiatrii – opublikowana w artykule na portalu Medycyna Praktyczna wyjaśniła mi, dlaczego przyczyna lęku nie musi być prawdziwa, żeby odczucia były identyczne do strachu wyzwalanego realnym zagrożeniem.
„Doświadczenie lęku ma poważne fizjologiczne konsekwencje. Lęk od strachu różni się tym, że strach jest odpowiedzią organizmu na realne zagrożenie, natomiast lęk jest odpowiedzią na wyobrażone zagrożenie. Jeśli teraz obok nas pojawiłby się groźny pies, który szykowałby się do ataku, w ułamku sekundy cały nasz organizm zareaguje w określony i całkowicie niezależny od naszej woli sposób: wzrośnie napięcie mięśni poprzecznie prążkowanych, zwiększy się nam tętno, podniesie ciśnienie krwi, nastąpi zawężenie koncentracji, krew zostanie przepompowana do mięśni posturalnych, a zmniejszy się ukrwienie przewodu pokarmowego, dojdzie do zwiększenia stężenia cytokin prozapalnych i nastąpi przesunięcie układu immunologicznego w kierunku prozapalnym, czyli gotowości odpowiedzi na potencjalne zranienie. W ten sposób organizm zmniejsza ryzyko, że w sytuacji zranienia dojdzie do zakażenia czy sepsy.
(…) W efekcie powstają niedobory serotoniny w mózgu. A, upraszczając, jeśli jest jej niedobór, pojawiają się objawy depresji.
Te wszystkie procesy uruchamiane są przez układ hormonalny – oś: przysadka – podwzgórze – nadnercza. Wydzielany jest kortyzol, którego receptory znajdują się w każdej ludzkiej komórce. To właśnie ten hormon mobilizuje każdą komórkę w organizmie do reakcji na zagrożenie. Jego działanie jest zaplanowane na krótki czas, bo albo przed zagrożeniem uciekniemy, albo zwyciężymy w walce, albo zginiemy.
Problem polega na tym, że ten cały arsenał reakcji obronnych organizmu w odpowiedzi na realne zagrożenie jest uruchamiany także w reakcji na lęk, a zatem nierealne zagrożenia. Biologicznie nasz mózg nie jest w stanie odróżnić strachu od lęku.
[…] Wszystkie fakultety pokończone na najlepszych uczelniach nie pomogą w zahamowaniu tych reakcji. Intelekt nie skoryguje i nie zahamuje reakcji emocjonalnej.
Idąc dalej: jeśli ktoś doświadcza zaburzeń lękowych, to w pewnym momencie dzieje się tak, że jego mózg zaczyna wariować: to jest to zagrożenie, czy nie? W efekcie, taki człowiek siedzi sobie w sobotę wieczorem w domu, nic się nie dzieje, a nagle odczuwa kołatanie serca. Jedzie więc na SOR (szpitalny oddział ratunkowy), badają go, okazuje się, że z sercem nic się złego nie dzieje. Owo kołatanie jest efektem nieprawidłowej regulacji układów współczulnego i przywspółczulnego, odpowiedzialnych za mobilizację i odpoczynek. […] Bywa, że taka osoba od wielu, wielu lat leczy się na różne inne dolegliwości i nic nie pomaga.”
Moją dolegliwością towarzyszącą były migrenowe bóle głowy. „Migrena” – takie małe słowo, bliższe teatralnym globusom Pani Łęckiej niż drylowaniu skroni rozżarzonym prętem niewrażliwym na kroplówkę z lekami. Była tym drugim.
Szukałam przyczyn i metod leczenia przez około 5 lat – u neurologa, kardiologa, fizjoterapeuty, osteopaty, stomatologa, w klinice leczenia bólu też. Byłam leczona objawowo (bardzo silnymi lekami, które miały łagodzić ból) i przyczynowo (leki przyjmowane na co dzień, mające działać prewencyjnie).
Nikt nigdy nie zasugerował konsultacji z psychiatrą, a migreny cały czas wracały.
Po rozpoczęciu przyjmowania leków przepisanych przez psychiatrę, migreny zaczęły pojawiać się coraz rzadziej. 3-4 razy w miesiącu. Wow! Myślałam wtedy, że choćby to miała być jedyna korzyść z całej tej psychiatrycznej aferki, to będzie warto. Z czasem zaczęłam lepiej spać. Ataki paniki pojawiały się rzadziej. Nadal było daleko od dobrze, ale czułam ulgę.
Miałam wrażenie, że leczenie zaczyna działać.
Nie miałam wątpliwości, że decyzja o przepisaniu leków należy do psychiatry, a nie do mnie, ale heeeloooł! Jak na człowieka ze stanami lękowymi przystało – bałam się! Bałam się, że leki od psychiatry mnie otumanią, będą za silne, zmienią mnie, zabiorą suwerenność, aż w końcu uzależnią.
Bałam się wszystkich rzeczy, które funkcjonują w opinii publicznej jako skojarzenie z jakimikolwiek lekami przepisywanymi przez psychiatrę. Skąd miałam wiedzieć, że to mitologia jakich wiele, skoro ten temat znałam tylko z plotek?
Dziś to wydaje mi się zupełnie nieracjonalne – przecież leki na inne dolegliwości też mogą być słabsze albo mocniejsze, uzależniające lub nie. Nie myślałam, że to leki jak każde inne – tylko, że to „te straszne psychotropy!!!!!!!”
Lekarz prowadzący powiedział jasno: „współczesna psychiatria prowadzi farmakoterapię w oparciu o szukanie najmniejszej skutecznej dawki”. Bałam się zacząć, ale bardziej bałam się, że – cokolwiek miałoby to znaczyć – „naprawdę zwariuję”, jeśli nie zacznę się leczyć.
Przeczytaj także wpis o farmakologii otyłości: Ozempic – cudowny lek na odchudzanie? Skutki uboczne a efekty – opinia dietetyka
Zacieranie się granic pomiędzy tym, co dzieje się w prawdziwym świecie, a tym, co dzieje się tylko w mojej głowie, było obrzydliwym doświadczeniem.
…
Zatrzymałam się przy tym ostatnim zdaniu. Próbowałam coś dopisać, wyjaśnić, wytłumaczyć. Opisać to lepiej, żeby nie brzmiało jak „wielkie mi co, przecież każdy się czegoś boi”.
Może tak: przypomnij sobie sceny z najstraszniejszego horroru, a następnie obsadź siebie w roli głównej. Słyszysz wszystkie te przerażające dźwięki, widzisz straszne sceny, odczuwasz fizycznie symptomy strachu, wali Ci serce, dostajesz gęsiej skórki, zalewasz się potem. Bardzo chcesz przerwać ten film, ale nie wiesz, gdzie jest przycisk pauzy ani jak zejść ze sceny.
Czy to nadal film? I czy to porównanie jest w ogóle adekwatne i wystarczające?
To może teraz wyobraź sobie, że próbujesz o tym komuś opowiedzieć, a w zamian słyszysz: „Ale przecież nic się nie dzieje, jesteś w bezpiecznym miejscu, wszystko jest dobrze, nie bój się, uspokój się.”
To nie pomaga. Siłą woli nie naprawimy biochemii mózgu. Dlatego nie miałam wątpliwości, że muszę zacząć się leczyć. Jednak nie rozumiałam na jaką cholerę lekarz psychiatra wysyła mnie z tym nie tylko do apteki, ale do psychologa? Miałam nadzieję, że przez kilka tygodni pobiorę tabletki, które naprawią usterkę w mojej głowie i wszystko wróci do normy.
Nie miałam pojęcia, że w ramach leczenia nerwicy lękowej będę musiała zrobić coś jeszcze oprócz przyjmowania leków (a sama farmakoterapia potrwa ponad dwa lata). Nie spodobał mi się pomysł rozpoczęcia psychoterapii (przecież ze wszystkim sobie świetnie radzę, niech tylko te straszki wyjdą z mojej głowy!). Postanowiłam jednak zaufać specjaliście i poszukałam dla siebie psychoterapeutki.
Przez pierwsze miesiące terapii miałam wrażenie, że polega głównie na nieudolnych próbach podtrzymywania przeze mnie rozmowy i opowiadaniu o różnych problemach, z którego zupełnie nic nie wynika. Ot, gadanie dla gadania.
Byłam zniecierpliwiona. Mój wewnętrzny zadaniowiec aż się rwał do tego, żeby usłyszeć konkretną diagnozę, wytyczyć plan działania i odhaczać kolejne zadania prowadzące do mety, po przekroczeniu której będę żyła długo i szczęśliwie.
A tu ani diagnoz, ani wyroków, ani prac domowych, ani nawet propozycji rozwiązań. Gadanie, gadanie, gadanie, gadanie, gadanie? no ileż można?!
Nie wiadomo, ile można, ale nadal trzeba było, bo gdy najcięższe objawy nerwicy zelżały (nie mylić z: odeszły), wyłonił się spod nich epizod depresyjny – to ponoć częsty pakiet. „Ponoć”, bo trudno było mi przyznać się przed sobą, że to może być mój problem. Na co dzień raczej nie zastanawiałam się nad tym, jak się czuję, tylko co jest jeszcze do zrobienia.
Pierwszą korzyścią z terapii okazał się fakt, że nie ma dokąd uciec przed sobą. I że wreszcie czas się przyznać, że choć mam dobre życie, to bardzo mało radości z życia. Przez większość czasu jestem smutna i mniej lub bardziej przerażona. Zniechęcona – równie mocno do pracy i niepracy. Było mi obojętne, co mam robić, a najelpszą opcją była: nie robić. Nic. Ani fajnych, ani niefajnych rzeczy.
Gdyby ktoś zapytał mnie, jak interpretuję stwierdzenie, że świat stoi przede mną otworem, to najpierw dopytałabym: którym?
Od dłuższego czasu miałam wrażenie, że choć spotykają mnie bardzo dobre rzeczy, to najczęściej zauważam ten otwór, którym kończy się przewód pokarmowy. Dupę. I gdy tak przez dugi czas się nią do mnie ten świat wypinał, to z ciekawości powiedziałam: „A, zajrzę”.
I zasiedziałam się tam zdecydowanie za długo. To co – skoro już wiem, to wystarczy zrobić mentalną lewatywę i po temacie?
No cóż? Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to zajmie tak dużo czasu. Po kilku jałowych miesiącach współpracy, coś zaczęło pękać. Trochę tak, jakby ta drobna blondynka siedząca na przeciwko mnie dysponowała wyjątkowo delikatnym młotem pneumatycznym, skuła grubą warstwę otaczającego mnie betonu. Tematy rozmów stawały się coraz poważniejsze i trudniejsze, ale dzięki temu zaczęłam bardzo wyraźnie zauważać swoje zaniedbania, błędne przekonania, szkodliwe nawyki. Moja psychoterapia trwała prawie 2,5 roku. Kluczowe wnioski i największą poprawę widziałam w ostatnim półroczu, ale nie mam wątpliwości, że mogły zaistnieć wyłącznie między wytrwałej pracy nad sobą w poprzednich latach. Tak, jakby z upływem czasu te wszystkie ważne wnioski zaczęły schodzić z głowy do serca i stały się na tyle ważne, bym była skłonna w nie uwierzyć i zmienić swoje podejście do życia.
Depresja ma wiele twarzy i każdy chory będzie doświadczał jej w inny sposób. U niektórych może występować tylko część objawów, mogą mieć różne nasilenie. Nie wszystkie będą występować z taką samą intensywnością przez 365 dni w roku.
Jedno jest pewne: o diagnozie decyduje lekarz.
Depresją nie jest „czucie się smutnym” ani trwanie w „jesiennej chandrze”. Depresja to choroba.
Co powinno Cię skłonić do konsultacji z psychiatrą? Utrzymujące się przez dłuższy czas, często niezależne od czynników zewnętrznych i utrudniające prawidłowe funkcjonowanie:
Jak widzisz, wśród objawów nie pojawiają się:
Depresji nie widać na pierwszy rzut oka. Na drugi, trzeci i setny też nie – jeśli osoba chora nie będzie chciała Ci tego pokazać (a nie spędzasz z nią czasu przez większość dnia), to nie zobaczysz nic, co oddawałoby jej aktualny stan psychiczny.
Milczenie na temat choroby jest częstym zjawiskiem. Powodów jest wiele, począwszy od stygmatyzacji zaburzeń psychicznych w Polsce, bardzo niskiej świadomości na temat depresji, przez konieczność słuchania złotych rad, które mogą wpędzić w jeszcze większe poczucie winy. Mówią: „idź pobiegać, rozerwij się, zapisz się na masaż, wyjdź z domu, zrób dla siebie coś miłego”. Więc robisz to. I nie zmienia się zupełnie nic.
Dziś wcale nie dziwi mnie „zmowa milczenia” w temacie zaburzeń psychicznych. Chory tak bardzo nie radzi sobie ze swoim stanem, że nie chce dokładać sobie problemu w postaci słuchania bardzo negatywnych ocen na swój temat.
Bardzo długo nie rozmawiałam o chorobie nawet z bliskimi. Na tamtym etapie czułam, że nie są w stanie mi pomóc, nie wyobrażałam sobie żadnej formy wsparcia, która mogłaby być warta dodatkowych zmartwień związanych z obciążaniem ich moim stanem.
Nie wiedziałam nawet, jak taka rozmowa miałaby wyglądać. Będąc w depresji, nie jesteś w stanie nikomu pokazać tego, co Cię boli. Nie masz złamanej nogi, nie leci Ci krew, możesz nawet wyglądać dokładnie tak samo, jak przed chorobą. Depresji nie da się zmierzyć termometrem, wyrazić wartością bezwzględną w jednoznacznych wynikach badań. Nie da się pokazać bólu i cierpienia.
Nawet nie dziwi mnie fakt, że zdrowa osoba nie jest w stanie uwierzyć, jak można czuć się aż tak okropnie, gdy w życiu przecież wszystko jest dobrze.
A niestety można.
Trochę tak, jak być szambonurkiem. Z tą różnicą, że nie możesz wyjść na przerwę, wziąć wolnego, pojechać na urlop i trochę odpocząć. To po prostu taplanie się w gównie z zaciskającą się coraz ciaśniej pętlą na szyi, która odbiera Ci siły na wygrzebanie się z gnoju, więc zaczynasz się nim krztusić. Oddychasz gównem, połykasz gówno i starasz się sobie wmawiać, że to na pewno nie kupa, a wyjątkowo nieudane czekoladowe brownie, pewnie z fasoli – bo tak bardzo nie chcesz dopuścić do siebie myśli, że jest aż tak źle. Śmierdzisz gównem, jesteś gównem.
O, chyba właśnie tak – w trakcie najsilniejszych epizodów depresji czułam się właśnie jak kupa gówna.
Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że im dłużej błąkasz się w smrodzie, tym mniej go czujesz. Z czasem przestaje Ci przeszkadzać. „Acha, a więc to teraz tak u mnie wygląda. Tak już jest. Acha. To jest moje życie teraz.”
Tracisz wiarę, że możesz się z tego wygrzebać. Bo jak tu wierzyć, skoro każda próba podjęcia walki o siebie kończy się tak samo – już, już udaje Ci się dopłynąć do powierzchni (po miesiącach walki), bierzesz pierwszy haust świeżego powietrza, które rozpieszcza Twoje płuca, a nagle ta franca ciągnie Cię za nogę szepcąc: hola, hola, jeszcze z Tobą nie skończyłam naiwniaro. I ściąga Cię na dno szamba na kolejne tygodnie, albo miesiące.
Z czasem – dzięki stałej opiece lekarza psychiatry i pracy na psychoterapii – udawało się wygrzebać z tego szamba i dryfować na powierzchni gówna. W końcu silny epizod depresji się kończył (zdarzało się, że po kilku tygodniach, a bywało, że po miesięcach) i udawało się spakować to szambo do wielkiego wora, który można było zawiesić na plecach. Dalej czułam smród, wiedziałam, że tu jest, nie byłam w stanie robić tych wszystkich rzeczy, które były możliwe w życiu bez worka gówna na plecach. Czasami worek przeciekał, coś się rozlało, coś narobiło większego smrodu niż zwykle, ale i tak pojawiała się chwila ulgi. Kupa nie dawała o sobie zapomnieć, ale byłam w stanie dostrzec cokolwiek poza nią.
Starałam się wykorzystywać ten czas, jak tylko się dało. Z różnym skutkiem, z bardzo różnym. Czasami czułam się od tych prób lepiej, a czasami, oglądając ich marne efekty, byłam tylko coraz bardziej załamana.
Jakiś udział w moim progresie miała pewnie skala przesrania. Po zaliczeniu miksu epizodów depresyjnych i ataków, panik i migren wiedziałam, że jestem w stanie przeżyć totalne okropieństwa. Wiele razy w trakcie choroby czułam się bardzo-bardzo-strasznie-źle, więc starałam się doceniać stan, w którym było nie-najgorzej.
Skoro wstałam do łazienki i się wykąpałam, to jest lepiej. Zrobiłam sobie kanapkę – to znaczy, że jest lepiej. Poszłam na spacer – łożeszkurde, to już naprawdę całkiem nie najgorzej! I kiedy nie było bardzo-bardzo-strasznie-źle, to starałam się korzystać z tych chwil i robić cokolwiek, co na dany moment miało szansę przybliżyć mnie do zdrowienia. Często dostawałam od tej francy surowe plaskacze i bardzo szybko sprowadzała mnie do parteru, wpychając do łóżka i zalewając je moimi łzami. Ale małymi kroczkami, bardzo, bardzo, bardzo powoli starałam się robić cokolwiek, żeby się jej postawić.
Jeśli jesteś teraz w kiepskim stanie, pamiętaj, że Twój pierwszy mini krok może być inny. Pomagała mi perspektywa, że choć nie mam teraz siły robić superwielkich rzeczy, to przecież jest znacznie więcej alternatyw, niż tylko nierobienie niczego. Ja nie miałam ochoty robić sobie makijażu, ale może właśnie ta czynność okaże się Twoją namiastką normalności? Nawet jeśli chwilę później będziesz wolała położyć się pod kocem i spędzić tam resztę dnia. Może pójdziesz sama na zakupy i zrobisz sobie dobry obiad? Może na krótki spacer? A może po prostu spróbujesz wyjść z łóżka chociaż na chwilę?
Czytasz ten tekst. To już jakiś punkt zaczepienia sugerujący, że akurat nie trwa u Ciebie ten możliwie najgorszy ze złych czas. Może zatrzymaj się na chwilę przy tym fragmencie i zastanów się, co mogłabyś dla siebie zrobić? Coś na miarę aktualnego stanu – prysznic, obiad, spotkanie z koleżanką. Porywanie się z motyką na słońce da efekt odwrotny do zamierzonego, ale podjęcie próby działania może dodać Ci trochę otuchy.
Kiedy wydawało mi się, że nie ma absolutnie żadnej takiej rzeczy, dźwięczały mi w uszach słowa Churchilla: „Jeśli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się”.
Powtarzałam w kółko, że nawet jeśli nie mogę z tego teraz wyjść, to mogę przez to przejść. Nie ja jedna na świecie choruję, ludzie zdrowieją, ja kiedyś też wyzdrowieję. Może nie jutro, nie za tydzień ani nawet nie za miesiąc, ale teraz nie mam lepszej opcji, niż to przetrwać.
Przeszłam kilka bardzo-bardzo-strasznie złych epizodów depresji i z czasem coraz łatwiej było rozróżnić moment, w którym lepiej dać za wygraną i na jakiś czas odpuścić, a kiedy warto próbować zawalczyć.
Niestety jednocześnie z każdym kolejnym epizodem trudno było wierzyć, że ten problem naprawdę kiedyś może zniknąć. W trakcie 2,5-letniego leczenia miałam dwa podejścia do rezygnacji z terapii. Naprawdę wierzyłam, że już dam radę! Że najgorsze już za mną. Miałam poparcie lekarza, zielone światło od terapeutki. Czułam się szczęśliwa, dumna i nie do złamania. Bardzo chciałam mieć to za sobą.
AŻ TU NAGLE JEB! Bez ostrzeżenia. Silniejsza niż kiedykolwiek – niestety nie ja, a ta franca depresja. Statystyki nie kłamały i tym razem – jeden epizod depresji zwiększa ryzyko pojawienia się kolejnych. Ostatni epizod był najgorszy. Wszystko wróciło z siłą, której wcześniej nie znałam.
Było gorzej, niż wtedy, gdy Łukasz wysłał mnie do lekarza, a następnie lekarz do psychologa. Wszystko wróciło: bezsenność, ataki paniki, apatia, absolutna niechęć do wszystkiego – nawet przyjemnych, bezstresowych rzeczy Dodatkowo odezwała się wcześniej nieznana silna niechęć do życia i osłabienie fizyczne, którego wcześniej nie znałam, poziom ciężkiej grypy razy trzy, gdzie leżenie jest samo w sobie wysiłkiem.
Trudno było wyczarować kolejne pokłady nadziei – przecież wykonałam już tyle pracy, chodziłam na terapię, brałam leki. Robiłam wszystko, co aktualnie było w mojej mocy.
Ze względu na stan zdrowia przerwałam „Korepetycje z odchudzania” podając lakoniczną informację o przymusowym odpoczynku zaordynowanym przez lekarza. Dostałam trochę radosnych gratulacji z okazji ciąży, co po raz kolejny uruchomiło w mojej głowie zadające wiele bólu głosy: co jak co, ale mamą to Ty nie będziesz. To nie jest rola dla niestabilnych osób, które nie radzą sobie ze sobą.
Trudno było znaleźć siłę do walki – oprócz depresji, zabierała mi ją chłodna kalkulacja na podstawie dotychczasowych doświadczeń. „Nawet jeśli jakimś cudem to minie, to przecież i tak tylko na chwilę.”
I tak wyglądało te 2,5 roku na co dzień? Na szczęście nie! Moja depresja miała charakter epizodyczny.
Nie przykuła mnie do łóżka na kilkanaście miesięcy, a wymienione wcześniej objawy nie doskwierały mi każdego dnia. Bardzo-bardzo-złe okresy trwały od kilku tygodni do 3 miesięcy. Później przychodziła trochęulga (ta z ciężkim workiem kupy na plecach). Wyrobiłam sobie nawyk ogarniania życia, studiów i rozwijania firmy w okresach, gdy czułam się lepiej. Gdy przychodził lepszy okres, próbowałam się nim cieszyć i pielęgnować, żeby trwał jak najdłużej. Czasami mimo starań ta franca szybko wracała, ale zdarzały się dłuższe chwile wytchnienia. Mogło być znacznie gorzej.
Dużo pracowałam. Nie mogłam nie pracować. Nie pochodzę z bogatego domu, nie wyszłam bogato za mąż – dorabiamy się wspólnie i dobrze nam to wychodzi, ale praca Łukasza jest w większości zależna od mojej pracy.
Na dłuższą metę wyglądałoby to tak: ja nie pracuję = my nie pracujemy. Cały czas byłam pod opieką lekarza psychiatry i kilkukrotnie sugerował, żebym przeszła na L4. Gdybym, jako początkujący przedsiębiorca, pozwoliła sobie na taki luksus, dostawałabym kilkaset złotych miesięcznie chorobowego.
No to jak miałam nie pracować, zrobić sobie przerwę od Internetu na pół roku i oprócz wszystkich czarnych myśli zrodzonych przez depresję, żyć jeszcze z realną obawą, że mogę nie mieć do czego wracać?
Nie brałam pod uwagę takiej opcji. Z perspektywy czasu widzę z tego więcej korzyści niż strat. Obserwując efekty swojej pracy i popychając do przodu kolejne projekty WRESZCIE CZUŁAM SENS. Moja internetowa działalność stała się bastionem normalności w tym nienormalnym okresie życia – nie wpuszczałam do tego obszaru moich zaburzeń psychicznych. Tam byłam Moniką bez choroby. W najgorszych okresach nie było mnie wcale, w lepszych tworzyłam treści na zapas (często chowałam się za zachowawczymi, merytorycznymi tekstami).
Życie z depresją niesie ze sobą jeszcze jedno zagrożenie, którego nie widać gołym okiem. Depresja może stać się wymówką do porzucenia starań o dobre życie. Po co masz próbować zmieniać coś na lepsze, jeśli i tak spodziewasz się, że nie odczujesz dzięki temu trwałego szczęścia i satysfakcji? Gdy jesteś w depresji, poczucie spełnienia i szczęśliwości wydają się równie prawdopodobne, co przemarsz Jarosława Kaczyńskiego na paradzie równości. Po prostu nie wierzysz, że to kiedykolwiek się wydarzy. Teoretycznie taka sytuacja jest możliwa, ale nie masz wystarczająco wielu argumentów, które mogłyby Cię do tego przekonać.
I kiedy czujesz się skazany na życie w smutku, zwyczajnie odechciewa się podejmowania prób, które potencjalnie mogłyby poprawić jakość życia. Jest to kolejny element napędzający błędne koło poczucia głębokiej beznadziei.
Znalazłam dla siebie trochę ponure, ale optymistyczne źródło nadziei: nawet jeśli wydaje Ci się, że nie wytrzymasz już ani jednego dnia dłużej, a wczoraj wydawało Ci się to samo i jednak wytrzymałeś, to bardziej prawdopodobne jest, że jednak wytrzymasz.
Dziś wydaje mi się, że niezgoda na taki stan rzeczy, w którym już nigdy nic dobrego miałoby mnie nie spotkać, uratowała mnie przed najgorszym. Miałam w tej depresji sporo farta – choroba nie przykuła mnie do łóżka, mogłam liczyć na wsparcie męża.
Oboje staraliśmy się nie tracić nadziei. To w końcu będzie MUSIAŁO MINĄĆ.
W siebie mogłam nie wierzyć, ale jemu wierzyłam zawsze. Na szczęście! Być może dzięki temu od momentu rozpoczęcia leczenia do ostatniej wizyty u psychologa przeżyłam dużo radosnych chwil. Nie brakowało momentów, w których odczuwałam szczerą radość, dumę i satysfakcję. Na przykład wtedy, gdy pobraliśmy się z Łukaszem, mieliśmy przepiękny miesiąc miodowy, rozwinęliśmy firmę, stworzyliśmy przydatne produkty, które realnie ułatwiają i umilają odchudzanie, kupiliśmy mieszkanie, imprezowaliśmy, randkowaliśmy i robiliśmy inne rzeczy, dzięki którym nigdy nie określę tamtego okresu mianem straconego czasu, zmarnowanego życia.
Jednak to były przerywniki. Jasne punkty na czarnym obrazie. Wszystko mnie przerażało. Życie mnie przerażało, praca mnie przerażała, częściej czułam, że nie jestem dostatecznie dobra, niż że jestem gotowa na kolejne wyzwania.. Ale dotarło do mnie, że nie mam już nic innego do zrobienia, niż po prostu zacząć. Może nawet wygodniej byłoby bać się tak do usranej śmierci – byle tylko nie wystawić się strachowi na pożarcie. Wygodniej może i tak, ale lepiej raczej nie.
Przestałam czekać, aż poczuję się bardziej gotowa. W nie-najgorszych-okresach medytowałam, uprawiałam jogę, trenowałam, zdrowo jadłam, wysypiałam się, dużo odpoczywałam. Byłam bardzo zaangażowana w terapię. Po każdej wizycie u psycholożki robiłam notatki, analizowałam poprzednie zapiski, szukałam dla siebie wskazówek, które dałyby szansę na poprawienie jakości życia. Na terapii nie ściemniałam – uważam, że to kluczowy czynnik zdrowienia. Czytałam tematyczne książki, oglądałam wykłady psychiatrów i psychologów. I – co z mojej perspektywy najważniejsze – próbowałam wdrażać te rady w codzienne życie. Od samego czytania i inspirowania się materiałami jeszcze nikt nie wyzdrowiał.
Dla równowagi muszę dodać, że nie byłam pacjentem idealnym. Niewystarczająco dbałam o regularny sen, nie zrezygnowałam całkowicie z alkoholu, a w przypływie sił się przepracowywałam i daleko było temu do zrównoważonego, spokojnego życia.
Nie umiałam poukładać tego wszystkiego perfekcyjnie, ale czułam, że nie zostało mi nic innego do zrobienia, niż spróbować zacząć jakoś żyć. Z depresją czy bez.
Nie jestem palcem robiona i wiem, co pomyśli część osób czytających ten tekst. Wiem, bo dostawałam już wiadomości w podobnym tonie, gdy wspominałam o mojej chorobie. Że gdybym miała prawdziwe problemy, to nie szukałabym dziury w całym i musiałabym wziąć się w garść! Że taki problem, to nie problem. Że wygodnie jest mieć, na co zrzucić winę za swój brak jaj i brak zdolności do szybkiego działania. Że wstyd się w ogóle przyznać?
Nie dziwię się im. Sama myślałam o sobie dokładnie to samo, dopóki nie dotarło do mnie to, co mówili lekarze (psychiatrów zmieniałam kilka razy) i psychoterapeutka:
Choroba, która sprawia, że TO JEST PROBLEM. Że wszystko staje się problemem, bo nie masz siły dokładnie na nic, przez co czujesz się ze sobą jeszcze gorzej i nie widzisz najmniejszych szans na to, że kiedykolwiek będzie lepiej. Logika, wcześniejsze doświadczenia, złote rady nie mają tutaj ŻADNEGO znaczenia. To choroba, która zniekształca odbieranie świata.
Niska świadomość społeczna nie pomaga. Słowa depresja używa się jako określenia na kiepski humor i smuteczki. Sugeruje się, że „każdy kiedyś miał depresję”, że to coś, z czym „silna osoba potrafiłaby sobie poradzić”, że „gdybyś miał prawdziwą depresję, to nie mógłbyś wychodzić z łóżka i jako tako funkcjonować”.
No i mamy pełno kwiatków wśród celebryckich wypowiedzi, jak np. używanie określenia depresja zamiennie z chandrą (i przy okazji leczenie jej ziemniaczanym puree):
„Puree ziemniaczane jest moim sposobem na jesienną chandrę. Jak wezmę sobie miseczkę po brzegi wypełnioną puree, to zaraz mi lepiej i depresja mija. Polecam każdemu!”
Albo podróżniczka głosząca tezę, że:
„depresja jest stanem częściowego zatrzaśnięcia pewnych obwodów podświadomości, co staje się na skutek przeciążenia systemu. (…) Depresja (…) to jest stan SUBIEKTYWNY. To nie jest realny, obiektywny i rzeczywiście istniejący obraz świata.”
Przestałam się dziwić niskiemu poziomowi wiedzy na temat depresji wśród „statystycznych Polaków”, gdy usłyszałam wypowiedź mgr psychologii, która na Instastories stwierdziła, że:
„na depresję pracuje się bardzo długo i (jej) ta perspektywa bardzo pomaga, bo motywuje, żeby nigdy do tego nie dopuścić.” Później dodała, że „do depresji prowadzimy przez zaniedbania – czasami pracujemy na nią przez nieproszenie o pomoc specjalistów.”
Magister psychologii. Dziewczyna, którą na Instagramie obserwuje mnóstwo osób, dla wielu może być autorytetem. Serio? Niestety, to nie jest kiepski żart, a prawdziwa wypowiedź zakładająca, że chorzy na depresję są sami sobie winni.
I naprawdę, będąc otoczonym takimi komunikatami bardzo trudno jest się wyzbyć poczucia winy za to, że się zachorowało – nawet kiedy masz do tego duży dystans i wiesz, jak dalekie od faktów są te wypowiedzi.
Mnie najcięższy i najdłuższy epizod depresji dopadł, gdy byłam już pod opieką psychologa, w trakcie leczenia farmakologicznego – pod nadzorem psychiatry. I wtedy też można czuć się bardzo źle – nawet gorzej niż na początku leczenia. Zanim będzie lepiej, najpierw jest źle przez długi czas.
W tym wyjątkowo trudnym stanie psychicznym, jakim jest depresja, naprawdę łatwo uwierzyć, że nawet choroba jest Twoją winą. Skoro czujesz się, a wręcz wierzysz, że jesteś najgorszym człowiekiem na świecie, to czemu by nie wziąć na siebie winy za chorobę?
Lekarz Dawid Ciemięga dobrze podsumował szkodliwość tego zjawiska:
„Dla laika to jest zupełnie niezrozumiałe, czym jest depresja, bo to nie jest jesienny dół, bo pogoda jest kiepska, bo mam gorszy okres i zły humor. To choroba, która zaburza prace mózgu i dlatego można komuś mówić milion wspaniałych słów, ale one nie działają, coś w mózgu się wyłącza i wraz z tym wyłącza się zdolność odczuwania fajnych rzeczy. Dla takiej osoby miłe słowa mogą być bezwartościowe, nawet wygranie w lotto przestaje mieć znaczenie, jest mrok który człowieka pochłania i odcina od świata. W takim stanie nie da się człowieka pocieszyć, tu nie zadziała leczenie Beaty Pawlikowskiej, która twierdzi, że na depresja dobry jest spacer. Tu nie zadziałają ziemniaki Pani Rozenek, tu często potrzebne jest leczenie, leki które przywracają mózg do ładu i składu lub terapia, albo jedno i drugie.
Dlatego gdy wokalista Linkin Park się zabił, ludzie się zastanawiali, jak to możliwe? Miał wszystko, był legendą, był geniuszem w tym co robił, miał uwielbienie milionów, a miliony miał na koncie, ale był po prostu ciężko chory, mówił o tym w wywiadach przed samobójstwem i nawet dziennikarze go wyśmiewali, niestety narkotyki i alkohol przechyliły szale.
Miał wszystko, ale w wyniku choroby, to wszystko stało się powoli niczym. Mam wielu znajomych, którzy leczą się z powodu depresji i różnych problemów, są to tzw. zwykli szarzy ludzie, ale są to też znane osoby, są to też osoby, które znacie z mediów i też tacy, którym uśmiech nie schodzi z twarzy od rana do wieczora. Takie problemy mają politycy, sportowcy, aktorzy, światowi liderzy, gwiazdy rocka i zdobywcy Oscarów. Tak naprawdę im bardziej jesteś znany i uwielbiany, tym ryzyko takich problemów rośnie. Nie ma na świecie osoby, która jest w stanie unieść ogromną presje, wielkie obowiązki, dużą role społeczną, niejeden muzyk wychodząc na wielką światową scenę w głowie miał lęk i paraliżujący strach, a setki tysięcy osób widziało w nim ideał człowieka sukcesu, który ma wszystko i nie ma żadnych zmartwień. (…)
Pamiętajcie, depresja i podobne problemy to nie jest krępujące i nie bójcie się prosić o pomoc(…)„
Badacze z Instytutu Farmakologii Polskiej Akademii Nauk, którzy przedstawili w artykule dane dotyczące patogenezy depresji, również nie podzielają celebryckich opinii na temat przyczyn depresji. Znajdziecie w nim szczegółowe informacje na temat: wpływu czynników genetycznych, zaburzeń neuroprzekaźnictwa, nieprawidłowej wrażliwości receptorów w synapsach, zaburzeń hormonalnych, deficyty funkcji psychicznych na różnych etapach życia, trudnych doświadczeń.
Przyczyny nigdy nie są zero-jedynkowe, a winowajcy nie da się wskazać palcem.
Nauka i specjaliści podkreślają, że jest to złożony problem. Depresja to poważna choroba, której towarzyszą zmiany w biochemii mózgu – a nie skutek życiowej niezaradności i zaniedbań ze strony osoby chorej.
Można powiedzieć, że depresja jest chorobą śmiertelną. Niestety, często jest tak, że chory musi zamknąć oczy, żeby jego otoczenie oczy otworzyło. Jednak wtedy jest już za późno. Dlatego tak ważne jest, by chory mógł liczyć na wsparcie – czy to lekarza, czy terapeuty, czy bliskich, czy grupy wsparcia.
To chyba odpowiednie miejsce na dedykację – najlepszy mężu na świecie, dziękuję, że byłeś moją siłą, kiedy nie było mnie stać na własną. Podziwiam Cię za to, że dałeś radę. Co tu dużo mówić – że nie kopnąłeś mnie w dupę (co nawet nie byłoby specjalnie trudne, bo na początku nie byliśmy małżeństwem, nie mieliśmy razem kredytu ani żadnych innych zobowiązań). Mogłeś wybrać łatwiejsze życie, a wybrałeś mnie.
Mając tą świadomość nie mogłam się poddać w walce o siebie, nie było takiej opcji. Zdarzały się bardzo trudne momenty, w których wiara w lepszą przyszłość wisiała jedynie na cienkiej włóczce utkanej z niepoprawnego optymizmu Łukasza. A czasami i on nie wytrzymywał, a ja mu się wcale nie dziwię. Nie jest łatwo patrzeć, jak bliska osoba cierpi, ale jest tym trudniej, gdy jednocześnie spadają na Ciebie obowiązki, które dotychczas dzieliłeś z drugą osobą, a na domiar złego całymi tygodniami nie ma między Wami bliskości.
Niestety, wdzięczność za wsparcie, o którym piszę, dochodziła do głosu dopiero z perspektywy czasu. Wcześniej, najgłośniej wydzierałam się ja, obarczając męża tym, że wcale mnie nie rozumie i „jeśli ma mi tak pomagać, to niech lepiej zostawi mnie w spokoju”.
Nie wiem, jak to wszystko mogło mi przechodzić przez gardło, ale niestety przeszło nie raz. To, że sama do siebie i o sobie mówiłam dużo więcej znacznie gorszych rzeczy nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla ranienia najważniejszej osoby w moim życiu. Reflektowałam się dość szybko, przepraszałam, ale przecież nie da się kliknąć ctrl+z. Szkoda – to mało powiedziane. Gdybym mogła cofnąć czas, chciałabym bardziej doceniać wsparcie, które dostawałam. Było wiele momentów, w których nie potrafiłam traktować mojego męża tak, jak na to zasługiwał. To był dla mnie jeden z najtrudniejszych aspektów depresji – moje cierpienie nie było tylko moje. Zadawało ból mojemu ulubionemu człowiekowi na świecie.
Wstyd mi pisać o tym, że nie byłam wymarzoną żoną, ale jak już piszę, to bez lukru. Goryczy też nie dodawałam, by nadać historii jeszcze więcej dramaturgii, a siebie unieść do rangi superbohaterki.
Miałam w tej chorobie dużo fartu. Zdaję sobie sprawę, że ten tekst może czytać ktoś, kto znajduje się w znacznie gorszej sytuacji. Bez wsparcia, bez opieki specjalistów i dobrze dobranych leków.
Jednak mam nadzieję, że ta publikacja nie stanie się pretekstem do licytacji, kto ma gorzej, a zamiast tego stanie się bodźcem do działania w kierunku poprawy jakości życia.
Jakie by ono aktualnie nie było. Nawet jeśli nie masz ani trochę siły, by podbić dzisiaj świat, to postaraj się nie robić rzeczy, które sprawiają, że ten świat się może zawalić, przycisnąć cię gruzem i kolejny raz zabrać szansę na głęboki oddech.
Trudna sytuacja życiowa nie musi być niczyją winą. Bywa, że to po prostu konsekwencja serii niefortunnych zdarzeń, które wymknęły się spod kontroli i nagle zaczęły robić przemeblowanie w naszej codzienności. To może być wina złych ludzi, złych czasów, złych okoliczności. Twoja trudna sytuacja nie musi być Twoją winą. Ale odpowiedzialność za to, co z tym zrobisz, leży po Twojej stronie. Nie skazuj się na cierpienie poprzez rezygnację ze wsparcia specjalistów. W Polsce można otrzymać bezpłatne wsparcie psychologiczne i psychiatryczne.
Droga Czytelniczko, jeśli podejrzewasz, że depresja może być również Twoim problemem i może nawet jesteś na mnie zła, bo czytając ten dugi tekst możesz odnieść wrażenie, że „jej to łatwo wyzdrowieć”, to mimo wszystko chciałabym, żebyś posłuchała jednej jedynej złotej rady ode mnie. Poszukaj specjalisty, który pomoże Ci stanąć na nogi.
I daj Wam czas. Dużo czasu. Nie oczekuj, że rozwiązanie pojawi się szybko. Nie wyczekuj momentu, w którym wreszcie odetchniesz pełną piersią. Szukaj nano-mini-mikro-kroczków, które na dany dzień mogą Cię choć trochę oddalić od ponownego wdepnięcia w kupę. Na końcu tekstu znajdziesz informacje o bezpłatnym dostępie do psychiatrów i psychologów.
Poszukaj też wsparcia w swoim najbliższym otoczeniu – albo wręcz przeciwnie. W anonimowych grupach wsparcia (np. na Facebooku), jeśli nie czujesz się gotowa angażować bliskich w swoją chorobę (odradzam przeciąganie tego w nieskończoność).
A jeśli w Twoim otoczeniu jest ktoś, kto wie o Twojej chorobie – może pokaż mu dalszą część tego tekstu. Poprosiłam mojego męża, żeby opowiedział ze swojej perspektywy, jak wspierał mnie w wychodzeniu z choroby.
Problem polega na tym, że przez długi czas nie zdajesz sobie sprawy, że ta druga osoba ma depresję. Najlepszy scenariusz to taki, że pojawi się diagnoza (postawiona przez lekarza), zanim ta zdrowa osoba zdezerteruje z pola walki. Jak to wygląda? Nie wiem, bo nie brałem pod uwagę tej opcji, ale wyobrażam sobie, że pakuje w nocy walizy i wyrywa jak najdalej. No, bo ile można znosić takie „humory”?
Przede wszystkim trzeba zauważyć problem. Jeśli widzisz, że osoba, którą znasz wiele lat, od jakiegoś czasu:
…to powinien być to dla Ciebie sygnał, że może nie do końca jest sobą i być może potrzebuje Twojej pomocy.
Nie miałem pojęcia. Szczerze, to z przerażeniem patrzyłem na to, co dzieje się z Moniką. Mam przed oczami obraz, jak kolejny dzień z rzędu siedzi przed komputerem i wyje do ekranu, pociągając cicho nosem – a przecież powinna pracować! Klienci czekają! Jutro ma wystąpienie, na którym przecież musi jakoś wyglądać! Nie dam rady pracować za dwoje. Firma ma TYYLE kosztów, a tak mało dochodów w tym miesiącu? Oczywiście, że takie myśli krążą po głowie. Wiele razy chciałem nią potrząsnąć, ale dobrze wiedziałem, że na niewiele wtedy by się to zdało.
Moim celem było przede wszystkim być jak najbardziej opanowanym w kryzysowych momentach, no i doprowadzić do sytuacji, w której jak najszybciej skorzysta z pomocy człowieka, który wie, jak z takimi osobami rozmawiać – a w mojej opinii jest to tylko lekarz psychiatra albo psycholog psychoterapeuta.
No i tutaj wiele zależy od tego, jak wcześniej traktowałeś osoby z depresją. Może żadnej nie znałeś, ale jakie miałeś o nich zdanie? Depresję uznawałeś za chorobę, czy śmieszkowałeś sobie z osób nią dotkniętych? Ja miałem to szczęście, że nigdy nie wypaliłem przy Monice „Ha! Anka poszła do psychologa, ale sobie wymyśliła, pewnie chce zwolnienie z roboty, a tak w ogóle to od dawna miałem wrażenie, że jej się w dupie poprzewracało”. Gdybym miał po czymś takim skłonić Monikę do wizyty u psychologa, nie wiem jakbym miał to zrobić, żeby nie poczuła się jak wariatka.
W każdym razie, kiedy w mojej głowie pojawiło się podejrzenie, że „może to depresja albo coś”, było mi jakoś lżej. I nie chodzi mi o to, że ucieszyłem się, że moja narzeczona zachorowała (tak naprawdę dopiero wtedy zacząłem więcej czytać na ten temat i dowiedziałem się, że to choroba), ale o to, że zacząłem rozumieć te jej-nie-jej zachowania.
No i tak znosiłem tygodniami jej wybryki. A momentami bywało naprawdę ciężko. Oj, ile to ja się razy w język musiałem ugryźć. Mam to szczęście, że nie należę do osób wybuchowych, w pewnych sytuacjach wolę się nie odezwać, a i w kłótniach nieszczególnie zależy mi na udowadnianiu swojej racji – wystarczy, że ja wiem, gdzie leży prawda. Mimo wszystko uważam, że nawet najwięksi cholerycy i furiaci powinni próbować za wszelką cenę zachować zimną krew i przede wszystkim nie dać po sobie poznać, że dziś jest ten dzień, kiedy to i my mamy gorszy humor, coś nie wyszło itd.
Znosić przykre słowa to jedno, ale być odpornym na te wszystkie czarne scenariusze przez tak długi czas to drugie. Najgorsze co możesz zrobić to uwierzyć w bzdurki, które opowiada – bo wtedy jedno nakręca drugie i wpadacie w spiralę, której koniec może nie należeć do szczęśliwych.
Pomagała mi świadomość, że osoba z depresją wszystko widzi w czarnych barwach: a to że coś się nie uda, z czymś nie zdąży itp. To takie przyziemne, ale równie często padały pomysły całkiem abstrakcyjne. Wiecie, takie które prawie na pewno nigdy się nie wydarzą. To akurat nie z podwórka Moniki, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że pomysł typu „Ruscy najadą na Polskę” może być dla osoby w depresji naprawdę realnym problemem, spędzającym sen z powiek. Ona bała się akurat innych rzeczy, a te, które opowiadała po przebytych stanach lękowych/atakach paniki, czasami przerażały nawet mnie.
Nie wiem, czy robiłem dobrze, ale nie miałem lepszego pomysłu. Próbowałem wszystkie te złe myśli, zagrożenia, pesymistyczne wizje, najlepiej obracać w żart. Kiedy to tylko możliwe, trzeba konfrontować to z faktami – pokazując, że sytuacja nie jest tak tragiczna, jak widzi to druga osoba.
Pocieszać, dużo przytulać, być obok niezależnie od tego, co by się działo, nie oceniać, samemu się nie poddawać – tak bym to skrócił.
Prędzej czy później nadarzy się okazja, żeby porozmawiać na ten temat. W przypadku Moniki scenariusz zazwyczaj się powtarzał. W poczuciu bezsilności i w złości najpierw coś mi nagadała, ja to przemilczałem, pokiwałem głową – mijało trochę czasu i zawsze mnie przepraszała. Chyba też dlatego nie oszalałem – widziałem, że jest jej przykro, że sytuacja tak wygląda i byłem przekonany, że sama dobrze o tym wie, że coś jest z nią nie tak i nie kontroluje swoich emocji. No i to był punkt zaczepienia, żeby porozmawiać o wizycie u lekarza.
U nas poszło gładko, bo oboje o psychiatrach i psychoterapeutach myśleliśmy jak o zwykłych lekarzach. Zaproponowałem wspólną wizytę, żeby nie doszukiwała się winy tylko w sobie – to chyba pomogło jej podjąć decyzję. Dziś ten temat dla mnie nie istnieje – kiedy Monika poprosiła, żebym opisał jak to wyglądało z mojej perspektywy, musiałem naprawdę się nagłowić, by sobie przypomnieć.
Słowem zakończenia: Udało się nam, bo ja nie byłem dla niej tak wredny, jak ona wtedy dla mnie ;). No i poszła się leczyć, a na terapii dawała z siebie wszystko. Zawsze miała parcie na bycie dobrą uczennicą 😉
Oczywiście żartuję, ale jestem przekonany, że wsparcie drugiej osoby jest bardzo, bardzo ważne. Bez tego trudno samemu zauważyć problem, ale kiedy to się stanie – to już połowa sukcesu! Monika miała ogromną chęć zmiany tej sytuacji. Nie poprzestała tylko na farmakoterapii, zmieniała lekarzy aż znalazła tego odpowiedniego, była szczera i wytrwała w terapii (nie rzuciła jej jak tylko poczuła się trochę lepiej, ufała specjalistom), wykonała OGROM pracy nad sobą! Chyba nie dałoby się zrobić więcej. Jestem pod wrażeniem jej samozaparcia, duma mnie rozpiera. Tylko my dwoje wiemy, ile ją te dzisiejsze zdrowie i dobra forma kosztowały.
Na cały ten epizod patrzę jak na wielki sprawdzian naszej miłości, traktuję to jako solidną lekcję dla nas obojga. Nie poddawajcie się – na pewno jest, o co walczyć. Nie trzeba być w tym wszystkim samemu, są dziś sposoby, żeby z tego wyjść.
Ale trzeba spróbować, a później w tym wytrwać.
Ode mnie to tyle. Trzymajcie się! Łukasz
Jeśli chcesz działać jak płachta na byka, często powtarzaj:
Pamiętaj, że osoba w depresji odczuwa głęboki smutek, jest pozbawiona nadziei, czuje się bardzo źle ze swoją chorobą i ze sobą, towarzyszy jej poczucie winy za aktualną sytuacją. Często bardzo chciałaby czuć się lepiej, ale trudno jej uwierzyć, że ten moment kiedykolwiek nastąpi.
Próby zarażania jej optymizmem najczęściej będą umacniać ją w przekonaniu, że znajduje się w sytuacji bez wyjścia, skoro nie jest w stanie zastosować się do tak prostych i logicznych wskazówek.
Większą efektywność niż udzielanie złotych rad, będzie miało zadanie pytań:
Wspierające zdania:
Szczerze wspierająca w depresji postawa powinna być:
Jeśli ktoś z Twoich najbliższych choruje na depresję, nadal dbaj o swoje potrzeby. Masz prawo mieć swoje życie, pasje, obowiązki – masz prawo nadal dbać o siebie, a nie tylko podporządkowywać się sytuacji drugiej osoby. Jeśli czujesz, że sytuacja jest dla Ciebie trudna i coraz gorzej sobie radzisz, rozważ podjęcie psychoterapii.
Leczenie depresji można porównać do sprzątania bardzo zaniedbanego pokoju. Zaczynasz zauważać otaczający Cię burdel gromadzący się wokół Ciebie od miesięcy, a może i lat. Widzisz go (być może widzą go też inni), przeszkadza Ci, ale nie masz siły – fizycznej ani psychicznej – by zabrać się za zrobienie porządków. Jesteś tym podłamany, bo jak można nie mieć siły posprzątać we własnym pokoju?!
Ale nie możesz. Z czasem nie możesz coraz bardziej, a bałagan narasta.
Bywa, że trudno podjąć Ci decyzję o pójściu po pomoc. Wsparcie najbliższej osoby jest ważne od samego początku do końca leczenia. Bo nawet, jeśli nadal jesteś w bałaganie i nie masz pojęcia, jak to wszystko posprzątać, to leczenie farmakologiczne pomaga Ci znaleźć siłę na upchnięcie tego bałaganu do szafy. Nie znika, ale zyskujesz przestrzeń na zauważenie czegokolwiek poza przytłaczającym Cię burdelichem, z którym i tak nie potrafiłeś się uporać.
Niestety, gdy otwierasz szafę, wysypują się na Ciebie rzeczy – czasami tak dużo i tak ciężkie, że trudno się spod nich wygrzebać.
I tutaj wkracza psychoterapia. Psychoterapia daje Ci siłę i narzędzia do wywalenia niepotrzebnych rzeczy i zrobienia gruntownych porządków na półkach. To zajmuje bardzo dużo czasu – ciężko przyznać się przed sobą, że coś, co niegdyś było dla Ciebie ważne i potrzebne, zaczęło szkodzić i najwyższy czas się rozstać. Nawet, gdy coś przeoczysz i odkryjesz po czasie kolejne zabałaganione miejsca, będziesz wiedzieć, jak się z tym uporać. Jeśli chcesz mieć funkcjonalnie urządzony pokój, musisz ogarnąć go na własnych zasadach.
Dopiero tutaj zyskujesz na tyle dużo siły i nowych umiejętności, by móc zacząć wdrażać wszystkie złote rady o „wyjściu pobiegać, zdrowszym jedzeniu, odpoczynku, zrobieniu dla siebie czegoś miłego, pójściu do kosmetyczki”. Te wszystkie rzeczy nie mają znaczenia, dopóki wracasz do zabałaganionego pokoju. Gdy uporasz się z największymi przeszkodami dookoła siebie, będziesz mieć siłę korzystać z działań poprawiających samopoczucie. Uważność w codziennym życiu nauczy Cię dbać o porządek dookoła siebie. Zauważać bałagan wcześniej. Reagować na bieżąco.
Celem leczenia nie jest przejście testu białej rękawiczki. Jest nim gruntowne przemeblowanie tego pokoju, pozbycie się gratów, renowacja niektórych elementów.
Wszystko po to, by było Ci w nim dobrze.
Nie musi podobać się wszystkim, nie musi być lajkogenny, imponujący ani godny rozkładówki katalogu wnętrzarskiego.
Ma być Twój. Taki, żeby chciało Ci się o niego dbać, upiększać, na bieżąco wprowadzać potrzebne naprawy.
A jeśli powstaną nowe rysy – już nie będziesz próbował zamazywać ich flamastrem.
Jeśli czujesz, że potrzebujesz pomocy – idź po pomoc. Domyślam się, że to może wydawać się krępujące i mało komfortowe. Ale, co by się nie działo, jak trudne, by to nie było – jest to najlepsza rzecz, którą możesz dla siebie zrobić, gdy czujesz, że Ci tak strasznie źle w życiu.
Przekonałam się, że można mieć cudowne życie i nie mieć radości z życia.
To boli okrutnie. Ale ten ból już tu jest. Nie zniknie, tylko dlatego, że mi się nie podoba. Lepiej więc nie dokładać do bólu dodatkowego cierpienia – tych wszystkich „Dlaczego ja?”, „Dlaczego to spotyka mnie?”, „Czy już nic lepszego mnie nie czeka?”, „Będzie tylko gorzej?”, „Znowu ja dostaję po dupie!”. „Inni nie mają tak silnej depresji, jak moja!”.
Gdy pojawi się ból – jest koniecznością. Cierpienie jest opcjonalne.
A ulgę w cierpieniu przynosi (jeśli tak zadecyduje lekarz) leczenie i wytrwanie w psychoterapii (nie mylić z: rozpoczęciem terapii).
Jeśli podejrzewasz u siebie depresję, skonsultuj się psychoterapeutą i/lub lekarzem psychiatrą. Nawet jeśli nikt z Twojego otoczenia jeszcze nie zwrócił na to Twojej uwagi i masz wrażenie, że jesteś z tym zupełnie sama. Mąż/chłopak/rodzic/przyjaciel nie muszą tego ani rozumieć, ani popierać, pochwalać… Nie muszą dzwonić za Ciebie, zaprowadzać Cię tam (ale jeśli czujesz, że to Ci pomoże, to poproś, aby z Tobą byli albo Cię tam zaciągnęli). Nie dyskryminuj psychiatrów! Bądź wobec nich bardziej tolerancyjna 😉 – to lekarz, jak każdy inny. Przecież zanim pójdziesz np. do dermatologa nie pytasz, czy Twoja łuszczyca/trądzik/coś tam jest już wystarczająco poważne, aby pójść do lekarza?
Nie potrzebujesz do tego ich błogosławieństwa. To TY decydujesz, kiedy potrzebujesz pomocy, chcesz pomocy albo wydaje Ci się, że pomoc Ci się przyda. Zazwyczaj, kiedy pojawia się myśl „może powinnam iść po pomoc do specjalisty”, to oznacza, że warto byłoby udać się do specjalisty. Na końcu tekstu znajdziesz wskazówki, jak dostać się do lekarza lub terapeuty – również NFZ.
Są dwie podstawowe grupy specjalistów, u których warto szukać pomocy w przypadku zaburzeń nastroju:
Ważne jest, żebyś wybrał się na terapię depresji wyłącznie do psychologa ZE specjalizacją psychoterapeutyczną. Możesz to sprawdzić na stronie https://prp.org.pl/rejestr-psychoterapeutow/. Każdy terapeuta specjalizuje się w konkretnym typie terapii. Przy wyborze możemy sugerować się charakterystyką danej metody i czy nam ona odpowiada.
Psychoterapeutkę wybrałam w następujący sposób:
Psychiatra z kolei musi być lekarzem – tylko psychiatra może dobrać farmakoterapię i przepisać receptę na leki.
Nie miałam pojęcia, jak szukać lekarza psychiatry. Łukasz wygooglował psychiatra Łódź, otworzył wszystkie zakładki i szukał osoby, która wzbudzi jego największe zaufanie; chętnie skorzystałabym z czyjegoś polecenia, ale jakoś tak się złożyło, że nie wiedzieliśmy o nikim, kto leczyłby się psychiatrycznie. Nie chcę tutaj polecać lekarzy, przez których się przewinęłam, bo leczenie w dużej mierze opierało się na metodzie prób i błędów. Był etap leczenia, w którym psychiatra sugerował chorobę afektywną dwubiegunową, ale postanowiłam zaufać terapeutce – lekarz widywał mnie co 6 tygodni, a terapeutka co tydzień. Zaufałam, że ma możliwość lepiej ocenić sytuację. Cieszę się, że nie zabrakło mi siły do postawienia się lekarzowi i podjęcia dodatkowych konsultacji z innymi specjalistami w celu wykluczenia/potwierdzenia choroby.
Pamiętaj, że psychoterapia nie jest zarezerwowana dla osób chorych – może być formą indywidualnej pracy nad rozwojem osobistym, aktualizacją przekonań, narzędziem zwiększającym skuteczność w realizacji celów, a przede wszystkim sposobem na podniesienie jakości życia. A jeśli specjalista, na którego trafisz sprawi inne wrażenie – to to jest specjalista jak z koziej dupy trąba. Szukaj dalej.
Poszłam na leczenie i psychoterapię, żeby wyzdrowieć, a w gratisie dostałam szansę na przeżycie życia po swojemu.
Abstrahując od nerwicy lękowej i depresji, byłam po prostu strasznie, ale to straaaasznie pogubiona. Psychoterapia pomogła mi znaleźć drogę do siebie.
Gdy wreszcie „zajrzymy w siebie”, usłyszymy, co tak naprawdę „jest nasze”, czym chcemy się kierować i zauważymy SWOJE MOCNE STRONY, to te atuty można wykorzystać, by poprawić jakość życia otaczającej nas społeczności – czy małej, w kontekście rodziny, czy znacznie szerszej, służąc swoimi umiejętnościami innym ludziom.
A jeśli spędzimy życie w przeświadczeniu „jestem to jestem, po co drążyć temat, życie jest trudne, większość ludzie jest nieszczęśliwa”, to możemy przeoczyć ogrom dobra, którym moglibyśmy podzielić się z innymi.
Lekcje, które wyciągnęłam z psychoterapii zmieniły moje życie. To banały rodem z dowolnej książki zdradzającej sekrety szczęśliwego życia. Rzeczy, o których wszyscy wiemy, ale chyba do końca w nie wierzymy.
Dobry psychoterapeuta tak przeprowadzi Cię przez proces, że doświadczysz eureki podczas odkrywania tych prawd w odniesieniu do własnego życia. Podobne wnioski będą wracać tak często, że nie będzie można ich dłużej ignorować. Będziesz musiała się tym zająć.
I całe szczęście! Dzięki psychoterapii dostałam szansę na przeżycie życia po swojemu (bo wreszcie dowiedziałam się, czym to „moje” tak właściwie jest).
Jeśli próbowałaś się wtłoczyć w jakiś szablon i to się nie udało, masz najprawdopodobniej dużo szczęścia. Może i jesteś wyrzutkiem, ale ocaliłaś duszę. Bez porównania gorzej jest tkwić tam, gdzie nie mamy czego szukać, niż tułać się przez jakiś czas w poszukiwaniu psychicznego kontaktu, jakiego nam trzeba. Szukanie swego miejsca nigdy nie jest pomyłką. Nigdy. Po zimie zawsze przychodzi wiosna. Trwaj i wciąż szukaj. Rób swoje, a w końcu odnajdziesz drogę.
Clarissa Pinkola Estees
O Boże, Boże, Bożenko, jaka ja byłam uroczo naiwna. Naprawdę wierzyłam, że mogę ZAWSZE dawać radę, ZAWSZE dawać z siebie więcej, ZAWSZE iść do przodu po marzenia, jak po swoje, ZAWSZE tryskać pozytywną energią i ZAWSZE być najlepszą wersją siebie, ZAWSZE być dzielną.
Aż tu nagle klops, wzięło i się zesrało.
Uczymy się, jak nie marnować pieniędzy czy jedzenia, a nie przeszkadza nam fakt, że marnujemy swoje życie. Jeśli ciągle przejmujesz się rzeczami, które mogą się nigdy nie wydarzyć, opiniami ludzi, których nawet nie znasz, próbujesz się dostosować do cudzych oczekiwań i ograniczasz w ten sposób swój potencjał – marnujesz swoje życie.
A przynajmniej ja zrozumiałam, że marnuję w ten sposób swoje. I wtedy nastąpił przełom.
Uwielbiam produktywność, efektywność i optymalizację wszystkiego, co się da. Szkoda tylko, że wolałam inwestować je w pierdoły, nie dopuszczając do siebie myśli, że idę przez życie nie swoją ścieżką. Co to w ogóle za pomysł, by oddawać swoje życie, swoje lata młodości we władanie innym ludziom? Właśnie tym jest dla mnie próba dążenia do bycia tzw. „człowiekiem sukcesu” uprawiana w tak zapalczywy sposób, że można nawet nie zauważyć, że już takim-trochę-człowiekiem-sukcesu się jest.
W życiu osobistym wszystko było w najlepszym porządku, moja firma też szybko się rozwijała, tworzyłam produkty i usługi, które realnie poprawiały jakość życia moich klientów i… byłam wtedy w mentalnej czarnej dupie, czułam się najgorzej.
Nie wiem, co było pierwsze – brak wdzięczności, który doprowadził do depresji, czy depresja, która zabrała satysfakcję z życia?
Nie mam pojęcia, bo przez większość życia nie było dla mnie istotne, jak się czułam. Istotne było za to ciągle działać! Realizować kolejne cele na drodze do „sukcesu”, który miał dać szczęście.
HA HA HA HA
HA. Ha
HA.
Wcale nieśmieszne.
Wiecie, że ja naprawdę w to wierzyłam?
Że są jakieś osiągnięcia, jakiś styl życia, jakieś kolejne levele, jakieś rzeczy, jakieś pieniądze, jakieś cosie, które sprawiają, że tak po prostu stajemy się od nich szczęśliwi?
Ludzie często próbują żyć na opak – chcą mieć więcej rzeczy, więcej pieniędzy, by robić to, co pragną robić, i poczuć, że są szczęśliwi. Jednak rezultaty są odwrotne do zamierzonych. Trzeba najpierw być tym, kim się naprawdę jest, robić to, co się chce, by mieć to, co chciałoby się mieć.
Margaret Young
Dostosowywałam się do innych osób, do sytuacji, a co najbardziej opłakane w skutkach – do własnych oczekiwań, które nałożyłam na siebie lata temu. Nie zauważyłam, że wartości, którymi się kierowałam, już dawno nie są moje, zdezaktualizowały się, straciły na znaczeniu. Mimo to ciągle traktowałam je jak drogowskaz – choć nie okazały się drogą do szczęścia. Nie chciałam przyznawać się, że też mam swoje słabości, chciałam być dzielna, silna, optymistyczna. Nie chciałam nikogo rozczarować ani stać się problemem.
Kilka dni przed końcem roku, w którym osiągnęłam największe życiowe i zawodowe sukcesy, ryczałam na sofie u terapeutki, że czuję się najgorzej, że jak młody pelikan łyknęłam bajeczkę o przepisie na udane życie.
Czy gdyby pieniądze, kariera i wygląd naprawdę dawały szczęście:
Tak sobie myślę, że stawianie znaku równości między ładnym wyglądem a ładnym życiem, to jak nazywanie pisanki-wydmuszki jajkiem.
Niby prawda. Ale tylko do momentu, w którym spróbujesz najeść się pisanką-wydmuszką.
Zrozumiałam ten najbardziej banalny banał świata: koniec końców wygrywa nie ten, kto więcej osiągnął / kto zrobił na kimś lepsze wrażenie / więcej zarobił / wyjechał dalej / kupił lepsze rzeczy, a ten, kto czuje się szczęśliwy i spełniony tym, co robi, co posiada, kim się otacza. Niezależnie, jak bardzo lub jak mało imponujące to jest. Bo na co dzień to właśnie on odczuwa te wszystkie uczucia – szczęście, spełnienie, satysfakcję – na które Ci pierwsi próbują zasłużyć i zapracować.
A przynajmniej, na które próbowałam zasłużyć i zapracować ja, co okazało się przepisem na wiedzenie smutnego życia zgorzkniałej staruszki w wieku 25 lat.
Jestem znacznie bliżej ziemi, niż mi się wydawało. Potrzebuję dużo odpoczynku, snu, wolnego czasu. Bywa, że wolę iść na łatwiznę. Popełniam błędy. Pod wpływem impulsu robię głupstwa. Nie jestem w stanie pomóc każdej klientce. Pracując kilkanaście godzin dziennie nie jestem efektywna. Byam leniwa, impulsywna, zrzędliwa. Czasami krzywdzę innych. Zdarza mi się zachować żałośnie.
Nie jestem nadczłowiekiem, a chyba za takiego się miałam, skoro karałam się za każdą z wymienionych wcześniej rzeczy. Jak miałam wyrwać się z iluzji na temat mojego ja, gdy ciągle próbowałam ukryć się przed sobą i udawać, że niektóre części nie istnieją?
Nie dziwię się, że ciężko mi się żyło, skoro oprócz codziennych obowiązków próbowałam nieść ciężar oczekiwań, których człowiek nie jest w stanie spełnić. A nawet jeśli jest, to przyjdzie mu zapłacić za to bardzo wysoką cenę.
Ja zdecydowanie przepłaciłam.
Próbując być jakaś bardziej, a jakaś mniej, pozbawiałam się możliwości wyciągnięcia z siebie prawdziwie najlepszych rzeczy. Byłam tak niepewna siebie, że potrzebowałam udowadniać swoją wartość coraz bardziej merytorycznymi, profesjonalnymi (i przy okazji: coraz bardziej sztywniackimi) artykułami i działaniami.
Gdy w tematach zawodowych zaczynałam mówić o podstawowych rzeczach, wewnętrzny krytyk krzyczał: idziesz na łatwiznę. Zagłuszał rozsądek, który mówił: ej, babo, ponad 50% ludzi w Polsce ma nadwagę lub otyłość i ich problemem naprawdę nie jest to, czy bardziej opłaca się jeść szpinak czy jarmuż, ale żeby warzywa pojawiały się na talerzu choć raz dziennie, zamiast kolejnej porcji mortadeli.
Zagłuszałam intuicję i osobiste przekonania w imię tego, co wydawało mi się słuszniejsze, poważniejsze i – cokolwiek miałoby to znaczyć – bardziej takie, jakie powinno być.
Dziś wierzę, że każdy z nas buja się po świecie w bardzo konkretnym celu. Jest wyposażony w talent, który może wykorzystać do służenia innym ludziom. W końcu jesteśmy tylko jednym z wielu gatunków zwierząt na tej planecie i tak, jak delfiny potrafią się ze sobą dogadać i zapędzić ławicę najbliżej powierzchni wody, uformować z niej wielką kulę, by móc się sprawnie najeść, tak każdy z nas ma swoje przeznaczenie, które może wykorzystać dla dobra ogółu.
Tylko jak je odkryć, skoro ciągle próbujemy podtrzymywać przy życiu tego wszechmogącego avatara utkanego z wyobrażeń na swój temat?
Generalizując – zaczynałyśmy terapię z punktu „nienawidzę siebie i jestem złym człowiekiem”.
Rok zajęło mi powiedzenie na głos (i uwierzenie), że „nie jestem złym człowiekiem”.
Kolejny rok upłynął na dojściu do: jestem całkiem dobrym człowiekiem.
Wreszcie weszłyśmy w etap „nie nie-lubię siebie”, który szybko ewoluował do „w sumie, to już naprawdę najwyższy czas, żebym się od siebie odczepiła, bo jestem całkiem spoko?.
Z moją samooceną było nieźle, dopóki definiujemy ją jako parametr obiektywny, mierzalny „werdykt” wydawany odnośnie do pewnych zachowań czy cech. Potrafię docenić się za dobrze wykonaną robotę, ale bez niej… No ciężko, jeszcze ciężko. Miałam za to do wykonania ogrom pracy przy poczuciu własnej wartości – uniezależnionej od namacalnych efektów.
Zorientowałam się, że buduję poczucie własnej wartości i skuteczności na zewnętrznych ocenach, co jest tak skuteczne, jak próba ulepienia Burj Khalifa z kurzego gówna. Okej, widziałam na własne oczy w kenijskiej wiosce, że jest możliwe wykorzystanie tego materiału do budowy lepianek, ale od najwyższego wieżowca świata dzieliło je jakieś 825 metrów. A kiedy wymagasz od siebie codziennie więcej i więcej, to nawet spełnienie własnych postanowień może okazać się niewystarczającym powodem do szczęścia. Bo zawsze znajdzie się ktoś „bardziej” niż Ty.
W temacie pracy, osiągnięć, „życiowych decyzji” i samorozwoju było mi ciągle mało. Bo ciągle było coś do zrobienia. Ciągle coś można było poprawić. Ciągle czyjeś sukcesy obnażały moje niedostatki i wpędzały w poczucie niższości.
To jest idiotyczne i prowadzi donikąd. Albo w gorsze miejsce. Wiem, bo przecież tam byłam. A raczej – dopiero niedawno stamtąd wróciłam.
Doszłam do tego, że moje nielubienie siebie i niezadowolenie z siebie wynikało nie tyle z porównywania się z innymi, co z porównywania się do mojego wyobrażenia na temat tego, jaka powinnam być. Ciągle chciałam więcej sukcesów, pieniędzy, więcej potwierdzeń mojej skuteczności, więcej nowych umiejętności. Ciągle odsuwałam od siebie moment „spełnienia” i dokładałam do niego kolejne warunki. I to, kim chciałabym być dzieliła PRZEPAŚĆ od tego, kim byłam.
A im głębszy ten dysonans, tym gorzej się czułam. Oceniając sytuację obiektywnie, nie uważałam, że jestem głupia, brzydka, niezaradna. Raczej byłam z tych rzeczy nie do końca zadowolona, bo przecież mogłoby być lepiej. „Mogłabym więcej się uczyć”, „mogłabym mieć lepszą sylwetkę i zadbać o cerę”, „mogłabym być efektywniejsza w pracy i biznesie”. I te moje wszystkie pomysły na temat tego jaka powinnam być, totalnie zabierały jakąkolwiek satysfakcję z tego, co było. Choć było wystarczająco dobre (a czasami nawet: ponadprzeciętnie dobre), to i tak wyblakłe w porównaniu z tym, co „ja bym dla siebie chciała” – wymagałam od siebie przesadnie dużo.
Gdy czytałam o cudach, jakie zaczynają dziać się wtedy, gdy stajemy się własnymi sprzymierzeńcami, totalnie nie wiedziałam: o czym ci ludzie pierdzielą? Jakie „kochać siebie”? Że może jeszcze za nic? Co by się nie działo, jaka bym nie była, czego bym nie zawaliła, jakiej głupoty nie odwaliła, to ma być we mnie na to zgoda?
I wyciągnięcie pomocnej dłoni zamiast zwyczajowego strzelania piąchą w twarz?
Będąc w depresji miałam zaburzony obraz siebie. Swój wygląd (wszystkie jego aspekty) oceniałam kiepściutko. Byłam do tego stopnia niezadowolona ze swojego wyglądu, że wszystkie dziewczyńskie przejawy dbania o siebie wydawały się być totalnie poza moją kategorią. Tak, jakby dbanie o wygląd, było zarezerwowane tylko dla „wyjściowo ładnych i atrakcyjnych” osób, bo ja i tak nie mam szans. Skoro teraz wyglądam do dupy, to w makijażu i kolorowych ciuszkach będę wyglądać tylko troszkę mniej do dupy. Więc się nie opłaca.
No patrzcie tą dochtór lajfstajl, niby taka mądra, a jednak taka głupia. Na szczęście mam ten etap za sobą i dziś z uśmiechem na ustach mogę powiedzie: LUBIĘ SIĘ. Jestem ze sobą pogodzona. Mam luz i pełną akceptację wobec tego, jak pracuję, jak żyję, jak wyglądam. Gdy zaakceptowałam siebie, życie, świat i innych ludzi takimi, jacy są, zaczęłam szczerze sobie sprzyjać. Daleka jestem od zbijania piąteczek ze swoim odbiciem w lustrze i witania się ze sobą słowami: „Hej laseczko, gotowa na podbój wszechświata”?. Wystarczyło, że szczerze polubiłam siebie – dzięki temu poznałam nowy, większy wymiar chęci robienia dla siebie dobrych rzeczy! Nagle zachciało mi się malować, stroić, nosić szpilki, kombinować z fryzurami, makijażem, chętniej trenować i zdrowiej się odżywiać. Robię to wszystko, bo totalnie czuję, że warto. Że ja jestem tego warta. Że to ma sens. Że chcę zrobić dla siebie coś dobrego.
Prawdziwa samoakceptacja nie ma nic wspólnego z samouwielbieniem – jest świadomością zalet i wad, uznaniem istnienia jednych i drugich. To godzenie się z tymi wadami, których nie możemy zmienić i podejmowanie próby pracy nad rzeczami, które nam przeszkadzają – ale z zupełnie nowych pobudek. Nie z nienawiści do siebie, a w trosce o siebie.
I niby nie zmienia się nic, a nagle zmienia się wszystko!
Gdy pogodzisz się ze sobą i przestajesz kopać się ze sobą jak z koniem – odzyskujesz ogromne pokłady pozytywnej energii, którą możesz zainwestować w bardziej sprzyjające Ci rzeczy, niż kolejne lamenty nad tym, jaka to Ty jesteś beznadziejna, jak bardzo do niczego się nie nadajesz, i jak bardzo chciałabyś być inna.
Życzę każdej kobiecie, żeby miała okazję się o tym przekonać.
Moją nawykową myślą w obliczu trudnej sytuacji, nadmiaru bodźców, skrajnych emocji zawsze było: najpierw znaleźć rozwiązanie. Jeśli się nie uda – najlepiej uciec. Schować się. Zniknąć. Rozpłynąć w powietrzu. Wyprzeć trudności.
Namiastkę tego dawały mi podróże – piękna forma ucieczki przed samą sobą.
Nie dziwię się nic a nic, że nieleczona depresja może stać się przyczyną uzależnienia od alkoholu, narkotyków, seksu czy czegokolwiek innego, co pozwala na ucieczkę przed osobą, której szczerze nienawidzisz, masz jej po dziurki w nosie i jesteś gotów zrobić cokolwiek, co da Ci od niej chwilę wytchnienia. Chcąc odciąć się od siebie, można zacząć robić głupie, nieodwracalne w skutkach rzeczy.
Zamiast maskować ból, można znaleźć i przepracować jego przyczynę. Do tego służy psychoterapia. Pokazała mi, że nie ma dobrych ani złych emocji. Że wypieranie i negacja na dłuższą metę niczego nie zmienią – im większy opór stawiasz, im większy ładunek emocjonalny wysyłasz temu zjawisku, tym bardziej zyskuje ono na intensywności.
Jednym z kamieni milowych terapii – już po ostatnim epizodzie depresji – było moje przyzwolenie na to, bym mogła czuć się dokładnie tak, jak się czuję. Nie muszę uciekać przed smutkiem, złością, rozleniwieniem, zniechęceniem.
I gdy sobie na to pozwoliłam, okazało się, że uciekam przed sobą cały czas, mając w sobie to bezpieczne miejsce.
Moja psychoterapeutka około 1,5 roku od rozpoczęcia psychoterapii zasugerowała, żebym wybrała się na kurs MBSR (mindfulness based stress reduction) pod okiem Katarzyny Jaguszewskiej-Nadrasik. Chciałam dać szansę czemuś, czego dotąd nie próbowałam w drodze do spokojniejszej, szczęśliwszej codzienności. Nie do końca wierzyłam, że to całe uduchowione pierdololo i inne fiubździu może mi pomóc. Przywlokłam się tam za chabety i postanowiłam spróbować.
Siadam na poduszce, zamykam oczy, wsłuchuję się w oddech, sprawdzam, co zmienia się w moim ciele, gdy podążam za oddechem, a gdy tylko pojawi się myśl – nie angażuję się w nią, oglądam z perspektywy świadka (który nie jest sędzią! nie analizuje – jedynie odnotowuję fakt pojawienia się tej myśli) i wracam do oddechu. I tak sobie krążę między pierdołami w mojej głowie, a oddechem 5, 10, 15, 50 minut. Różnie.
Niektórzy nazywają to medytacją.
Znalazłam ukojenie w miejscu, w którym nie zamierzałam go znaleźć. Kasia okazała się być cudownym nauczycielem – ma rzadki w dzisiejszych czasach talent bycia mapą, a nie GPSem. Zamiast dawać gotowe rozwiązania, pokazuje narzędzia, dzięki którym będziesz w stanie rozwiązać je samodzielnie.
Jak zaczęłam medytować? Usiadłam i próbowałam. Myślałam, że jajko zniosę. I generalnie: myślałam, myślałam, myślałam. O rachunkach do zapłacenia, o kredycie na mieszkanie, o braku zleceń, o nadmiarze zleceń, o pozytywnych wydarzeniach, o negatywnych wydarzeniach. Więc się wkurzałam, bo jak to tak to, medytować i rozmyślać?! Więc mogłam się dodatkowo podołować, że nawet medytować nie potrafię.
A jak się mój wewnętrzny krytyk rozpędził, to końca nie było widać!
Psychoterapia pomogła mi zrozumieć, że wewnętrzny krytyk ma dobre intencje – próbuje mnie uchronić przed rozczarowaniem i lenistwem, jednak dobrze jest sprawdzić, czy aby na pewno mówi moim głosem. Czy jest to głos, którego warto posłuchać, żeby nadal się rozwijać – czy może jest odbiciem moich lęków, błędnych przekonań, niesprawiedliwie złych rzeczy, które kiedyś o sobie przeczytałam lub usłyszałam.
Z kolei to właśnie medytacja, mindfulness i nawyk obserwowania swoich myśli, pozwoliły mi szybciej zauważać moment, w którym odzywa się krytyk i weryfikować, czy chcę go posłuchać, czy tym razem postanowię powiedzieć: „WEWNĘTRZNY KRYTYKU, WEŹ NIE PIERDOL. Wiem, że masz dobre intencje, ale czas najwyższy pozwolić wysunąć się na pierwszy plan bardziej wspierającym głosom w mojej głowie.?
Kurs MBSR okazał się pierwszym krokiem na ścieżce uważnego życia. W ciągu minionego roku byłam na dwóch odosobnieniach medytacyjnych, uczestniczyłam w kursie medytacji vipassana, rozpoczęłam II stopień kursu – MBCL (Mindfulness Based Compassion Living).
Na wszelki wypadek podkreślę: w moim procesie zdrowienia największe znaczenie miała farmakoterapia i psychoterapia. Nie traktuję medytacji jako metody leczenia depresji, a każdą osobę podejrzewającą u siebie chorobę najpierw będę zachęcać do wizyty u lekarza i/lub psychoterapeuty.
Medytacja pozwoliła mi natomiast nabrać dystansu do niefajnych psikusów umysłu. Nadal bywa różnie, ale radzę sobie z tym lepiej niż kiedykolwiek.
To mogłoby wyglądać zgoła inaczej, gdybym trafiła na nieodpowiednich „specjalistów”. Na drodze uważnego życia można się nieźle pogubić – należy dokładnie sprawdzić, kto naucza medytacji, jakie ma do tego uprawnienia/doświadczenia, jakie są o nim opinie, jak brzmią jego publikacje w Internecie, wystąpienia.
Medytacja to potężne narzędzie, które może przynieść dużo dobra, ale w rękach nieodpowiedzialnych, złych ludzi może wyrządzić krzywdę. Osoba prowadząca medytację może zaprowadzić Cię w miejsca, na których odwiedzenie nie będziesz jeszcze gotowy albo, co gorsza, może wykorzystać to jako technikę prowadzącą do jakiejś religii czy sekty.
Moja rada? Nigdy nie kieruj się do osób, które nie mają za sobą wieloletniego doświadczenia oraz gdy trudno sprawdzić ich kompetencje/życiorys/cokolwiek opisującego ich działalność.
Nigdy nie doświadczałam życia intensywniej niż teraz. W trakcie podróży poślubnej potrafiłam leżeć na rajskiej, dominikańskiej plaży i w ogóle na niej nie być – bo tak bardzo dałam się wkręcić obsesyjnym myślom o przyszłości, które przepełniały mnie lękiem, stresowały i nie pozwalały korzystać z życia.
Teraz chłonę doświadczenia ze wzmocnioną siłą, zachwycam się drobiazgami, wsłuchuję w ocean, wystawiam twarz do słońca i cieszę się tak bardzo, jak dawno się nie cieszyłam. Czuję, że jestem na dobrej drodze. I nawet nie przeszkadza mi, że czasami nie wiem, dokąd idę.
Jestem w procesie. Spędzam dużo czasu w tu i teraz, zamiast spędzać czas w przeszłości, której przecież już nie ma, albo w przyszłości, która dopiero ma się wydarzyć – i niezależnie, jak bardzo spróbuję się na nią przygotować, na pewno czymś mnie zaskoczy.
Bałam się, że takie podejście mnie rozleniwi – że jeśli przestanę się martwić o przyszłość, to automatycznie przestanę o nią dbać. Jak cudownie jest się mylić! Świadomość, że nie mam pełnego wpływu na efekt, ale za to mam absolutnie pełny wpływ na działanie, okazała się wyzwalająca. Brak wpływu na efekt zwalnia mnie z odpowiedzialności za rzeczy niezależne ode mnie i pozwala skupić się na tym, żeby wykonać swoją robotę jak najlepiej.
A co ma szansę przynieść lepsze rezultaty: ciągłe zamartwianie się z przyszłością, które, jak mówi aforyzm, zamiast zabrać jutrzejsze problemy, zabiera głównie dzisiejszy spokój, czy może jednak sumienne działanie na rzecz zmiany? Efekt jest niepewny – zależy między innymi od czynników, na które mogę nie mieć wpływu. Nie mam wyłączności na efekty moich działań, ale tylko ode mnie zależy, jak wykorzystam czas i możliwości, którymi dysponuję.
Jedyny prawdziwy, odczuwalny sposób kreowania przyszłości, to działania, które podejmuję tu i teraz. Jest to jedyna realna opcja posiadania wpływu na przyszłość. Może warto odpuścić sobie ten strach i lęk o to, co przyniesie przyszłość na czas działania? Skupić się na tym, co zależne ode mnie, przetestować nowe podejście, a podsumować je dopiero później i – gdy to możliwe – udoskonalić sferę zależnych ode mnie działań albo przybić sobie piątkę za dobrze wykonane zadanie.
Takie podejście pozwoliło mi odkryć w sobie nieznane mi wcześniej pokłady energii – a pamiętacie pewnie, że energia do działania była czymś, na czym zależało mi najbardziej na świecie. Ciągle chciałam robić więcej!
Dużo czasu musiało minąć, bym stworzyła sobie warunki do najbardziej efektywnej pracy, która przynosi najlepsze rezultaty. Było warto!
Uważność i medytacja sprawiły, że jestem bardziej zaangażowana we wszystko, co robię. Nagle okazuje się, że w ciągu jednej doby – nadal trwającej te same 24 godziny – wydarza się tyle ciekawych minut, że nie chcę tracić żadnej z nich. Nigdy bardziej nie wierzyłam, że nie warto tracić czasu.
W zaktualizowanej piramidzie potrzeb Maslowa transcendencja (w uproszczeniu: potrzeby rozwoju duchowego) występuje na samym szczycie. Może właśnie dlatego większość z nas zaczyna odczuwać jej brak bardzo późno – dopiero, gdy uporamy się ze znacznie bardziej przyziemnymi niedostatkami.
Zdaję sobie sprawę, że to luksusowy problem – żyć w dobrych relacjach, nie musieć martwić się o dach nad głową, mieć pieniądze na podstawowe potrzeby. Baza mojej piramidy od początku była dość solidna.
Jednak zaniedbanie potrzeb z samego wierzchołka zabierało radość z całej reszty.
Medytacja przyniosła mi jeszcze jedną niespodziewaną korzyść. Praktykowanie medytacji dało mi umiejętność dystansowania się od swoich myśli, postrzegania ich z perspektywy obserwatora i dojścia do wniosku, że nie jestem swoimi myślami.
Moja nerwica lękowa zelżała w trakcie psychoterapii i leczenia, ale lękowe cechy osobowości pozostały nadal aktualne. Zdarzały mi się ataki paniki, stany lękowe, intensywne i realistyczne koszmary, nieprzyjemne wizje. Umiejętności nabyte w trakcie medytacji pozwoliły mi się do tego dystansować.
Powtarzałam jak mantrę: „Spokojnie, to tylko panika. Doświadczałaś tego wiele razy, przeżyłaś, teraz też przeżyjesz, to minie” – i szłam w oddech.
Medytacja okazało się narzędziem wspierającym proces leczenia, ale po raz kolejny podkreślę: nie traktowałam tego jako alternatywy dla leczenia!
Jestem zdrowa. Zapomniałam już, że życie może tak wyglądać. Z jaką łatwością można robić nawet te najtrudniejsze rzeczy, gdy nie ciąży nad Tobą ta franca depresja.
Doceniam to, co mam. Każdego dnia cieszę się, że jestem zdrowa – dopiero teraz wiem, jaki to luksus. Idę przez życie coraz bardziej świadomie. Jestem świadoma błędów, które dotychczas popełniałam, świadoma błędnych przekonań, w których tkwiłam, ale też znacznie bardziej świadoma tego, co się dzieje. We mnie, wokół mnie, dzięki mnie, przeze mnie. Mocniej przeżywam każdy moment życia. I to jest absolutnie przepiękne uczucie, bo nagle każdego dnia zaczęło dziać się tyle wspaniałych rzeczy!
Które zawsze były, ale ich nie zauważałam.
Tu i teraz jest dobrze. Wolę pielęgnować ten moment, który właśnie trwa, zamiast tracić siły i energię na coś, co może się nigdy nie wydarzyć, albo przybrać tysiąc pięćset sto dziewięćset innych scenariuszy, których nie przewidziałam.
O właśnie! Ta myśl karmi przyziemną część mojej osobowości, która potrzebuje konkretnych argumentów. Dotarło do mnie, że obsesyjne próby przygotowania się na każdą ewentualność dawały wyłącznie pozorne uczucie bezpieczeństwa. Fajnie było wmawiać sobie, że wiem, co się stanie, a jak się nie uda, to przecież jest plan B! I Ce i De i E i Ef. Ale gdzie tu miejsce na cały alfabet zdarzeń i moją ulubioną logikę, skoro nie jestem w stanie wziąć pod uwagę nieskończenie wielu alternatywnych scenariuszy.
Pogodziłam się z tym, że nie wszystko zależy ode mnie.
Owszem – mam wpływ na wiele rzeczy, ale niezależnie, jak bardzo mi się to nie podoba, nie da się skontrolować wszystkiego. Ta myśl przerażała mnie przez większość dorosłego życia – utrata kontroli działała na mnie paraliżująco. Dziś wyzwala, bo zwalnia mnie z (narzuconego przez samą siebie) obowiązku obejmowania myślami tak wielu rzeczy.
Życie z depresją było okropnym doświadczeniem, ale nie chciałabym zmienić biegu wydarzeń. Być może wyszłabym z depresji własnymi siłami (to wydaje się bardzo mało prawdopodobne), ale czy wyplątałabym się z błędnych przekonań, które zabierały mi radość z życia?
Teraz życie jest piękne. I nie dlatego, że zniknęły wszystkie problemy – one nadal są! Ale ja wreszcie potrafię wziąć je na klatę i sobie z nimi poradzi. Wybaczyć te, które wyniknęły z mojej winy. Jeśli się da – naprawić. Jeśli nie – zaakceptować.
Wiem, jak nigdy wcześniej, że to jest teraz moje życie. Innego dla Moniki Ciesielskiej nie będzie. Mogą się zmienić okoliczności, miejsce zamieszkania, ludzie wokół mnie, stan konta, stan zdrowia. Ale to nadal będę ja i nadal w moim życiu.
Życiu, które nie ma określonej daty przydatności do spożycia. Nie wiem, kiedy to wszystko szlag trafi, może nawet jutro. I co, i to miałoby być wszystko, co dostałam od życia? Zasmarkane kilometry papieru toaletowego, wieczne poczucie niższości i bycia niewystarczająco dobrą?
I kiedy tak o tym myślę, to ja nie chcę dostawać od życia zupełnie nic. Chcę wreszcie zacząć odważnie BRAĆ. Zacząć żyć przez duże ŻET, wyciskać każdy dzień jak cytrynę. A gdy okaże się, że opatrzność źle mnie zrozumiała i zacznie mi podrzucać za dużo wyjątkowo kwaśnych cytryn, których nie będę w stanie przejeść, to se z nich zrobię lemoniadę.
Tu jest teraz moje życie. Mam dwie ręce, dwie nogi, sprawny umysł, cudownych ludzi przy sobie. Na co czekać? No chyba nie na alzheimera, który zapcha mi szare komórki betaamyloidem i zabierze możliwość doznawania wszystkiego, co znałam i kochałam.
Chcę wykorzystać wszystko, co potrafię i co mam, by zacząć żyć pełnią życia. I zaczęłam. Od zakończenia leczenia do dnia, w którym piszę te słowa nie minęło jeszcze pół roku, ale czuję, jakby minęły z 3 lata. Korzystanie z okazji, które stawia przede mną życie, stało się moją małą, pozytywną obsesją.
Nie za miesiąc. Nie za rok. Nie pod jakimkolwiek warunkiem. Tu i teraz – w jedynym miejscu i w jedynej chwili, co do której mogę mieć absolutną pewność, że istnieje.
Co miałoby mieć większe znaczenie?
Nie wiem.
Więc w to idę.
Któregoś razu leżałam jak warzywo na tej samej szarej kanapie, na której wypiliśmy razem tysiące kaw (a ja rozlałam z nich co najmniej 100). Łukasz przychodzi. Pyta: co się znowu stało?
Nie mam instrukcji obsługi do życia – odpowiedziałam. Na to niewzruszony Łukasz – „To ją sobie napisz. Nikomu, oprócz Ciebie, nie jest potrzebna instrukcja do TWOJEGO życia”.
A to dupek. Czy on zawsze musi mieć rację? Napisałam. Pewnie nie sprawdzi się u nikogo oprócz mnie, ale może zachęci do napisania własnej? Publikuję bez cenzury, już i tak czuję się golusieńka, jakbym występowała na rozkładówce plejboja, a nie w jakimś smutnym wpisie.
Krótka Instrukcja Obsługi Mojego Życia
…i wszystko będzie dobrze. A nawet jeśli nie, to dam sobie radę.
I Ty też dasz. Nawet jeśli teraz w tym bardzo-bardzo-złym momencie, w którym nie masz nadziei absolutnie na nic, to zapewniam – leczenie może przynieść ulgę. Statystycznie rzecz biorąc, to daje największe szanse na poprawę sytuacji. Może to zajmie dużo czasu, może będzie kosztować Cię wiele trudu, ale przyniesie ulgę.
A może wcale nie jest bardzo-bardzo-źle. Może po prostu czujesz, że jest byle jak, że nie tak wyobrażałaś sobie swoje życie i jest Ci w nim nie-za-fajnie, a to wszystko trwa już długi czas?
Daj sobie pomóc. Skorzystaj z pomocy specjalisty, a później wytrwaj w terapii.
Bo jesteś ważna, wiesz?
Telefony zaufania:
więcej telefonów pomocowych – lista na stronie https://forumprzeciwdepresji.pl/wazne-telefony-antydepresyjne
Diagnostyka depresji nie jest łatwą procedurą. Pomocne są kryteria rozpoznawania epizodu depresyjnego według ICD-10:
Objawy podstawowe:
Objawy dodatkowe:
Dla stwierdzenia pełnego epizodu depresji konieczne jest stwierdzenie co najmniej 2 objawów podstawowych i 2 objawów dodatkowych. Objawy utrzymują się przez okres co najmniej 2 tygodni lub krócej, jeśli objawy osiągają bardzo duże nasilenie i narastają szybko.
PCOS to jedno z najczęstszych zaburzeń hormonalnych u kobiet, które może współwystępować z insulinoopornością, problemami z płodnością, trądzikiem czy trudnościami z utrzymaniem prawidłowej masy ciała. Wpływ diety na przebieg PCOS…
W dzisiejszych czasach cukier stał się jednym z największych wrogów naszej diety. W mediach społecznościowych czy w rozmowach ze znajomymi często słyszymy: cukier uzależnia jak kokaina, cukier zabija. Wytykamy go…
“Nie stresuj się tak” – ale by było pięknie, jakby ten tekst kiedykolwiek zadziałał na kogoś, kto jest w swoim szczytowym momencie stresu. Proces odzyskiwania wewnętrznej równowagi jest bardzo złożony…
Zaburzenia z napadami objadania się (BED) to jedno z najczęściej występujących zaburzeń odżywiania, które charakteryzuje się utratą kontroli nad jedzeniem i towarzyszącym temu poczuciem winy. Choć sporadyczne przejedzenie zdarza się…