W okresie nastoletnim i wczesnej dorosłości wygląd nie był dla mnie superważny. Zależało mi, żeby ładnie wyglądać, ale nigdy nie byłam skłonna poświęcać temu dużo czasu i energii. Dla mnie wygląd był TYLKO wyglądem.
Bardziej zależało mi na innych rzeczach: dużo się uczyłam, czytałam mnóstwo książek, spędzałam dużo czasu ze znajomymi i rodziną, bardzo wcześnie zaczęłam łapać się różnych prac dorywczych. Miałam po prostu tak dużo innych ważniejszych dla mnie rzeczy, że nie było opcji skupienia się jeszcze na czymś.
Wejście do Internetu sześć lat temu i stanie się częścią fitświatka oraz społeczna presja dążenia do wyglądania Super-Fit-Spektakularnie zmieniły dużo. Myśl o chęci posiadania rewelacyjnej sylwetki została mi wtłoczona do głowy tak subtelnie, że nawet nie zauważyłam, kiedy stała się moją potrzebą. Choć prawdziwie moja nigdy nie była.
Nie miałam nadwagi, uprawiałam sport, jadłam całkiem zdrowo. W standardach realnego świata wyglądałam normalnie, dobrze. W standardach internetu: za grubo. Ciągle z tyłu głowy siedziała myśl:
Jest dobrze, ale przecież mogłoby być lepiej. Wtedy to by dopiero było!
Takie myśli są naturalne. Czasami myślę sobie, że fajnie byłoby dostać spadek po nieznanej mi cioci z Ameryki, wygrać w totolotka, nie mieć problemów, mieć większe cycki, a mniejszy nos i mnóstwo innych rzeczy. Tyle tylko, że niewiele z tych myśli zabiera mi radość z tego, co mam w rzeczywistości.
A fantazjowanie o sylwetkowym ideale miażdżyło satysfakcję z tego, na co dotychczas zapracowałam. Na potwierdzenie przytoczę post, który opublikowałam dwa lata temu na fanpage:
Zamysł Moniki publikującej ten wpis i będącej właśnie w podróży poślubnej był prosty: pokażę odważnie jaka jestem nieidealna, a mimo to świetnie się bawię na plaży. Wy też tak możecie! Bawmy się nieidealne, hejoooooo!
Nie wiem co miałam wtedy w głowie, skoro mając takie ciało (i śliniącego się na jego widok świeżo upieczonego męża) widziałam:
Byłam zadowolona z tego jak wyglądam – trudno nie być, jeśli wygląda się najlepiej w życiu! Bardzo doceniałam swoją siłę i sprawność, podobałam się sobie ALE… ale ta myśl, że „mogłoby być lepiej” często dominowała radość z tego jak jest. To ciągle nie było „to”. Wiedziałam, że stać mnie na więcej, mogę wyglądać jeszcze lepiej, więc zupełnie nie rozumiałam o co chodzi tym ludziom z komentarzy pod zdjęciem. Do idealnej sylwetki z moich wyobrażeń było przecież nadal daleko.
Dziś już rozumiem te komentarze. Wykonałam kawał pracy nad swoimi przekonaniami w trakcie 2,5 letniej psychoterapii. W ciągu ostatniego roku diametralnie zmieniłam spojrzenie na swoją sylwetkę i zrozumiałam czego JA chcę od zdrowego stylu życia DLA SIEBIE. Nie „co powinnam”, „co fajnie by było”, a czego ja chcę, ja potrzebuję, co ja dla siebie wybieram.
Opowiem Wam dziś o przyczynach i skutkach tych zmian.
Mogłabym pominąć ten fragment, ale stali czytelnicy i obserwatorzy pamiętają pewnie jak w kwietniu mówiłam o rozpoczęciu redukcji, a nie napisałam od tamtej pory, że zdążyłam ją zakończyć. Z powodzeniem.
Przy ostatnim jesienno-zimowym epizodzie depresji przypałętało się do mnie 5 dodatkowych kilogramów. Przytyłam przez połączenie dwóch czynników:
Przy bardzo małym wydatku energetycznym na ruch, a przy dużym apetycie nakręcanym lekami i przyzwyczajeniem do kaloryczności adekwatnej do wysokiej aktywności trudno było utrzymywać neutralny bilans kaloryczny. No i miałam to wówczas gdzieś, były poważniejsze problemy.
Celowo to podkreślam, żeby nie pozostawić złudzeń: leki na depresję nie tuczą. Ale łatwo można się utuczyć, gdy prawie ciągle leżysz, a jeść chcesz tak, jak wtedy, gdy mogłeś góry przenosić. Fakt, że przestaje Ci na sobie zależeć nie ułatwia sprawy.
Kilka miesięcy po powrocie do formy psychicznej zaczęłam pracę nad powrotem do formy fizycznej – poprawą kondycji, odzyskiwaniem siły i redukcji do mojej optymalnej wagi. Po 3 miesiącach nie ma śladu po dodatkowych kilogramach. Ważę 68-70 kilogramów przy 172 centymetrach wzrostu i obecnie się nie odchudzam.
Jestem zadowolona z tego jak wyglądam, podobam się sobie. Nie czuję potrzeby wyglądania szczuplej/bardziej fit/jakkolwiek inaczej.
Na pewno w nie jednej głowie czytającej ten wpis pojawiła się myśl „phi, łatwo mówić – przecież jest szczupła”.
W uszach dźwięczy mi fragment piosenki Nosowskiej, gdy śpiewała „Za gruba dla chudych, a dla chudych za gruba”, bo faktycznie – dla większości jestem szczupła. W świecie prawdziwych ludzi ;). Jednak w świecie internetowych nadludzi oczekuje się więcej. Szczególnie od dietetyków czy trenerów.
Tak, jakby poziom kwalifikacji był odwrotnie proporcjonalny do poziomu tkanki tłuszczowej.
Czasami czytam o sobie, że jestem „ulana”, „zaniedbana”, „gruba”, „leniwa”, „idę na łatwiznę” i podobne rzeczy, którymi JUŻ się nie przejmuję. Dokładnie tak, jak nie przejęłabym się, gdyby ktoś mówił o mnie „głupia”, „niekompetentna”, „niemerytoryczna”.
Skoro znam swoją wartość w kontekście intelektualnym i nie potrzebuję do jej potwierdzenia pozytywnej opinii przypadkowych osób, to dlaczego miałabym oddać INNYM prawo głosu w kwestii tego, jak mam wyglądać?
Tak, jak zdarza mi się zachwycić kebabem, tak nadal zdarza się załamać nad domniemanym przeokropnym cellulitem i tą małą spyrą, która w trakcie PMS-u urasta do ogromnego problemu. Czasami coś mi odpala i planuję kolejny atak szczytowy, który tym razem NAPRAWDĘ ma mnie doprowadzić do kaloryfera na brzuchu i gładkich ud.
A później idę po rozum do głowy i przypominam sobie, że sam fakt, iż pewne rzeczy (przefit sylwetka) są ważne dla kogoś innego nie sprawia, że muszą być ważne dla mnie.
Łatwiej o takie wnioski, gdy myślę trzeźwo, a nie będąc pijana hormonalnym koktajlem towarzyszącym prawie każdej kobiecie przez kilka dni w miesiącu ;).
Świadomie podjęłam decyzję o zaprzestaniu dalszej redukcji czy rekompozycji sylwetki. Mimo, że nadal bardzo podobają mi się fitsylwetki, to obecnie nie jestem skłonna zapłacić tak wysokiej ceny za trwały efekt wizualny. Daję sobie prawo do zmiany zdania, bo kto wie – może moje priorytety się zmienią.
Podporządkowanie planu treningowego i diety pod kątem sylwetkowym jest wykonalne. Ba! Nie musi być nawet strasznie nieprzyjemne – nadal można jeść pysznie, nadal można robić odstępstwa od dietowego reżimu. Jednak niektórych rzeczy nie przeskoczymy. Chcąc osiągnąć maksimum sylwetkowych możliwości należy podporządkować celom estetycznym treningi i dietę:
W tym momencie straty (czas, mniejsza pula kalorii do zjedzenia, treningowy reżim) są dla mnie totalnie nie warte zysków (niższy procent tkanki tłuszczowej).
Nie wiem czy tak już zostanie, czy kiedyś stwierdzę, że mam ochotę bardziej zaangażować się w dopieszczenie estetyki sylwetki. Ale mam nadzieję, że już zawsze pozostanie ze mną przekonanie, że to jak wyglądam nie świadczy o mojej wartości i jest wyłącznie moją sprawą.
I że sama mam prawo decydować o tym czy już mogę się sobie podobać!
Podjęcie świadomej decyzji o zaprzestaniu pracy nad estetycznymi walorami sylwetki jest niesamowicie wyzwalające. W praktyce nie zmienia się nic: jem tak samo i trenuję tak samo, jak do tej pory.
Ale powiedzenie sobie szczerze, że temat pracy nad sylwetką jest obecnie zamknięty daje niesamowity luz i więcej radości na co dzień. Nie ciąży nade mną widmo dysonansu pomiędzy tym jak jest, a jak chciałabym żeby było.
Z tego poziomu znacznie łatwiej czuć się z siebie zadowolonym.
Szacując na oko minimum 80% moich wyborów żywieniowych to zdrowe opcje. Jem mnóstwo warzyw, owoców, orzechów, nasion, pestek, ryb, nabiału, używam porządnych olejów, dbam o to, by dieta dostarczała wystarczająco dużo białka. Moja codzienna dieta jest urozmaicona. Nie liczę kalorii, jem intuicyjnie w ilościach pozwalających na uzyskanie sytości (ale nie przeżarcia). Jest mi z tym zdrowym jedzeniem bardzo dobrze, potrafię przyrządzać smaczne dania, nie czuję żalu i tęsknoty za czasami, gdy dwa razy dziennie jadłam białą bułę z serkiem Almette, jakiś przypadkowy obiad i słodycze/słone przekąski.
Jednak nadal w moim życiu jest miejsce na produkty, które nie mają żadnych wartości dla mojej sylwetki, kondycji czy zdrowia, ale mają wartość dla mojego komfortu psychicznego. A on też jest dla mnie cenny!
Na spotkaniu ze znajomymi zamawiamy pizzę, kiełbaski grilluję na równi z cukiniami, na randce z mężem zjem pizzę (a nawet poleję ją pikantną oliwą i popiję winem), czekolada mi nie śmierdzi, a czipsiki nie odpychają.
Tak – smakuje mi kebab. Czasami go nawet zjem. Możecie chcieć mnie za to spalić na stosie, ale dziękuję nie trzeba. Wystarczy, że raz na pół roku sama płonę po ostrym sosie.
Tak – na weselu napiję się wódki i zjem dewolaja. Zlinczujcie mnie za to. Ja wolę wznieść toast za zdrowie pary młodej.
Tak – jem ciasto z białą mąką, białym cukrem, białą śmiercią. Babcia piekąc mój ulubiony drożdżowiec zawsze dodaje magiczny składnik: miłość. Znajdę na nią miejsce w każdej diecie.
Jednocześnie mam bardzo dobre relacje z jedzeniem. To ja decyduję kiedy i co chcę zjeść. Nie mam wyrzutów sumienia, bo świadomie dokonuję żywieniowych wyborów – mam też opracowane patenty, by na bieżąco redukować ich negatywne konsekwencje. Żadna tam wiedza tajemna: chce więcej zjeść = niech zachce mi się więcej ruszać ;).
Dawniej uwierała mnie czyjaś spina w stosunku do moich wyborów. Dziś już wiem, że moja opinia nie musi być powszechnie uznawana za słuszną, by była słuszna dla mnie.
Branie cudzych wartości za własne, to nic innego, jak oddawanie życia we władanie innym ludziom. Tymczasem odpowiedzialność za wszystkie decyzje i tak ponosimy sami.
Nie ma do kogo złożyć reklamacji, jak okaże się, że INNI jednak się mylili.
Presja bycia fit jest bardzo silna. Ale to ja decyduję czy chcę się pod nią ugiąć.
*w obszarach, które zależą ode mnie – nie wszystkie choroby pałętają się wokół nas na własne życzenie. Kilka zaliczyłam, z niektórymi walczę nadal, ale żadnej nie jest winny prowadzony przeze mnie styl życia – wręcz przeciwnie, pięknie łagodzę objawy PCOS, cofnęłam insulinooporność (tak – to możliwe, nawet jeśli była na tyle zaawansowana, że konieczne było leczenie metforminą).
Zastanówmy się. Co może dać zdrowy styl życia? Główne korzyści, to:
Już teraz mam:
Skoro naprawdę nie potrzebuję więcej, to dlaczego miałabym poświęcać znacznie więcej? W imię czego miałabym zabrać czas i zasoby innym sferom mojego życia?
Na pewno nie w imię trendów, mody czy poklasku na insta.
Często to powtarzam, ale ostatnio to zdanie wraca do mnie z nową mocą. Naprawdę nie musi być idealnie, by mi było z czymś wystarczająco dobrze. A że według innych moje „wystarczająco”, to „za mało”?
Trudno. Wystarczająco ciężko jest poznać i spełnić własne oczekiwania, a co dopiero próbować zadowolić innych, którzy mają na nas przeróżne pomysły.
Ale wróćmy do tego wystarczająco dobrze. Podam Wam przykład.
Męża kocham nad życie, a wiecie jakie podłe rzeczy czasami jestem w stanie mu powiedzieć? Takie, że żałuję sekundę po tym, jak te wstrętności przekroczyły granicę zaciśniętych zębów i postanowiły zasiać ferment. Po co? No po nic mądrego: żeby się wyżyć, żebym nie tylko ja czuła się źle? W celu obrony własnego ego? Nie wiem, na pewno po nic, co byłoby warte zranienia najważniejszej osoby w moim życiu. Dokładnie tak jak wtedy, kiedy to on palnie (albo zrobi) swoje głupstwo.
Czy za każdym razem obiecujemy sobie poprawę i mamy wielką nadzieję, że się nie powtórzy? Tak.
Czy wychodzi. Tak.
Aż do następnego razu.
Brzydkie to, niefajne, zupełnie bezsensowne i niesprawiedliwe. Ale czy to czyni nasz związek nieudanym, nieszczęśliwym? Nie. Bo to tylko wycinek układanki – ma na nią wpływ, ale nie determinuje całokształtu. A my jesteśmy tylko ludźmi i robienie głupstw jest wpisane na sam szczyt listy naszych kompetencji.
W dorosłym życiu mamy wiele różnych rzeczy, o które wypadałoby zadbać. Dajmy na to:
I zachodzę w głowę, jak to jest, że akurat w tym jednym malutkim elemencie jakim jest „bycie fit” zaczęliśmy aż tak świrować. Przecież:
W innych sferach życia zazwyczaj wiemy, że wcale nie trzeba iść na całość, by było wystarczająco dobrze DLA NAS. Wiemy też, że jeśli w jednej sferze chcemy osiągnąć coś spektakularnego, to z czegoś innego będziemy musieli zrezygnować. Na przykład: stawiając za życiowy cel zbudowanie ogromnego przedsiębiorstwa dominującego rynek, liczymy się z tym, że przez ileś lat (może naście, może dzieścia) inne sfery życia na tym ucierpią.
A jak pojawia się pomysł rozpoczęcia fit życia, to do wielu z nas przykleja się wyobrażenie o sylwetce rodem ze sceny bikini fitness. O sylwetce, która jest możliwa do osiągnięcia, jednak rzadko wtedy, gdy oprócz obowiązków w kuchni i na siłowni masz inną pracę, może inne hobby, potrzeby fizjologiczne (sen, regeneracja), rodzinę, przyjaciół, związek, dzieci.
W dążeniu do ultrawysportowanej sylwetki o niskim poziomie tkanki tłuszczowej nie ma nic złego. Jeśli naprawdę tego chcesz i jesteś gotowy podporządkować temu swoją codzienność (zrezygnować z czegoś innego na rzecz pracy nad sylwetką), to super! Ale jeśli robisz to tylko dlatego, że czujesz na sobie presję bycia fit, a cały proces strasznie cię męczy i odbiera radość ze zdrowego stylu życia, to zastanów się czy na pewno warto.
Czas najwyższy na jakąś dobrą wiadomość. Upewnij się, że siedzisz stabilnie, bo istnieje ryzyko, że spadniesz z krzesła. Mam dla Ciebie totalnego newsa:
Wszyscy mamy prawo do decydowania o swoim wyglądzie – tę postawę miał wspierać ruch ciałopozytywności, który w polskim internecie realizowany jest nieco nieudolnie.
Otyłości nie powinno rozpatrywać się wyłącznie w kwestiach estetycznych. Otyłość ZAWSZE jest związana ze zwiększonym ryzykiem chorób. Owszem – osoby otyłe zasługują na miłość i szacunek. Jednak nie można pomijać niepodważalnego faktu, jakim jest zwiększone ryzyko chorób cywilizacyjnych i skrócenie długości życia wskutek otyłości. Podejmując decyzję o tym, jak wyglądasz, weź pod uwagę konsekwencje, które przyjdzie Ci za to ponieść. Tak, jak w przypadku otyłości będą to problemy ze zdrowiem, tak w przypadku dążenia do spektakularnej sylwetki będzie to konieczność rezygnacji z innych rzeczy w życiu.
Zastanów się: czego tak naprawdę chcesz dla siebie? Gdyby odsunąć na bok normy społeczne i zerknąć w zdecydowanie zbyt rzadko odwiedzane miejsce, w którym są schowane nasze szczere potrzeby i tęsknoty: co by to było? Na czym tak naprawdę Ci zależy i jaką cenę jesteś gotowy za to zapłacić? Jak będzie brzmiał ciąg dalszy odpowiedzi, która zamiast od „muszę” rozpocznie się od „chcę”?
Życzyłabym sobie, żeby to wszystko było tak łatwe, jak przybieranie na wadze. Ale nie jest, cholera nie jest. A my nie jesteśmy nadludźmi – dysponujemy skończoną ilością czasu i ograniczoną ilością zasobów. Możemy próbować to obejść nie wysypiając się, uciekając w używki, totalnie nadwyrężać swoje możliwości… ale musimy pamiętać, że do nas wróci.
Można powiedzieć, że jak bumerang, ale obawiam się jednak, że raczej jak taran. Jak lodołamacz. To nie tylko do nas wróci, to w nas wjedzie jak dzik w kartofle.
Właśnie dlatego zachęcam Cię do zweryfikowania swoich oczekiwań względem zdrowego stylu życia. Masz pełne prawo sam podjąć decyzję o tym, co jest dla Ciebie ważne. Z kim jest tutaj coś nie tak? Z Tobą, który postanowi świadomie wybrać swoją drogę czy z tymi, którym wydaje się, że mają prawo oczekiwać od Ciebie jakiejkolwiek innej?
Prowadzenie zdrowego stylu życia nawet bez presji dążenia do jedynego słusznego wyglądu sylwetki jest trudne. Nadal wymaga czasu, nadal wymaga poświęceń, a często też nauki – jest ogromne grono osób, dla których zdrowe i smaczne gotowanie to czarna magia.
Napisałam ten artykuł z okazji szóstych urodzin mojego bloga. I dedykuję go przede wszystkim sobie. Żebym sama pamiętała o wszystkich tych argumentach, gdy zwątpię w swoje podejście. Żebym odważnie promowała zdrow(sz)y styl życia, który choć nie jest idealny, może przynieść niesamowite korzyści.
Wierzę, że szczere, niczym nieskrępowane pokazywanie, że dieta nie musi być idealna, może być dla kogoś inspirujące. Że w „fit świecie” jest miejsce również dla ludzi, którzy nie chcą dążyć do spektakularnej sylwetki, ale jednocześnie chcą o siebie dbać, chcą czuć się dobrze w swoim ciele i realizować założenia zdrowego stylu życia na własnych zasadach.
Gdybyśmy wszyscy zastosowali się do uproszczonych zasad zdrowego stylu życia (nawet z zachowaniem miejsca na pewne niezdrowe nawyki), problem epidemii otyłości zostałby rozwiązany w ciągu jednego pokolenia.
Mam nadzieję, że udało mi się nie wpaść w ton „moje podejście jest najlepsze na świecie, a każdy kto myśli inaczej jest głupi”. Nadal podziwiam atletyczne sylwetki – podobają mi się wizualnie i imponują wytrwałością, która pozwoliła zapracować na tak imponujące efekty.
Jednocześnie stawiam wyraźną granicę pomiędzy „podoba mi się” a „bez tego nie będę szczęśliwa”. Dokładnie tak, jak zachwycam się torebkami Chanel, a na co dzień jestem zadowoloną użytkowniczką Dzikiego Józefa i Sabriny Pilewicz z OLXa. Podoba mi się Porsche Panamera, ale nie jest mi przykro docierać do celu Volkswagenem Touranem rocznik 2005. Lubię swoje nogi w szpilkach, ale w trampkach też mi się podobają.
I nie ma to nic wspólnego z godzeniem się na bylejakość – po prostu bilans strat i zysków pokazuje, że praca nad fit sylwetką więcej by mi zabrała, niż dała. Dlatego bez żalu z niej rezygnuję. Ale nie rezygnuję z dbania o siebie, swoje zdrowie i kondycję! Odpuszczam jedynie dokręcanie śruby w imię dodatkowych korzyści estetycznych. Reszta pozostaje bez zmian – nie odpuszczam aktywności, nie odpuszczam diety, nie odpuszczam zdrowych nawyków. Po prostu nie potrzebuję być już szczuplejsza.
Z kolei gdy przybrałam na wadze te ostatnie 5 kilogramów, stwierdziłam, że warto poświęcić trochę więcej czasu i uwagi, żeby wrócić do mojej optymalnej sylwetki. Bez presji, bez parcia na szybki wynik, bez stresu. Z miejscem na wszystko, co lubię.
I takiego odchudzania chcę uczyć innych :).
Psssst… Jeśli po lekturze artykułu stwierdziłeś, że to dobry moment by zacząć pracę nad zmianą nawyków, poprawić swoje odżywianie a może też sylwetkę – rzuć okiem na moje diety z marketów. Spełniają wszystkie założenia opisywane w artykule i mogą wesprzeć Cię w dążeniu do TWOICH celów:
Wszystkie zakupy zrobisz w jednym sklepie (dostajesz też listę zakupów). Gratis to wideoporadnik, w którym ja i Marta Hennig tłumaczymy jak radzić sobie ze zmianą stylu życia na zdrowszy (i jak ułatwić sobie korzystanie z diet).
Jadłospis powinien być traktowany jako narzędzie, które pokazuje Ci jak komponować posiłki, żeby zachować sytość, jakie produkty warto jeść, jakie sprytne rozwiązania stosować w kuchni, żeby nie poświęcać na zdrowe odżywianie szalonych ilości czasu. Dietowanie nie powinno być traktowane jako sposób na życie, ale na wielu etapach odchudzania może bardzo pomóc.
PCOS to jedno z najczęstszych zaburzeń hormonalnych u kobiet, które może współwystępować z insulinoopornością, problemami z płodnością, trądzikiem czy trudnościami z utrzymaniem prawidłowej masy ciała. Wpływ diety na przebieg PCOS…
W dzisiejszych czasach cukier stał się jednym z największych wrogów naszej diety. W mediach społecznościowych czy w rozmowach ze znajomymi często słyszymy: cukier uzależnia jak kokaina, cukier zabija. Wytykamy go…
“Nie stresuj się tak” – ale by było pięknie, jakby ten tekst kiedykolwiek zadziałał na kogoś, kto jest w swoim szczytowym momencie stresu. Proces odzyskiwania wewnętrznej równowagi jest bardzo złożony…
Zaburzenia z napadami objadania się (BED) to jedno z najczęściej występujących zaburzeń odżywiania, które charakteryzuje się utratą kontroli nad jedzeniem i towarzyszącym temu poczuciem winy. Choć sporadyczne przejedzenie zdarza się…