Blog

Wróć
12.04.2017

Celebrytko! Fajnie, że schudłaś, ale zrób nam przysługę i nie pisz o tym książek!

Lajfstajl
hashimoto, książka, metamorfoza, recenzja
książka karoliny szostak recenzja

Znana, odchudzona twarz na grubej, porządnej okładce. Dumnie wyglądające 220 stron. Głośna premiera. W tle hashimoto, zrzucone 30 kilogramów i spektakularna metamorfoza, jak pisze o swojej przemianie Karolina Szostak. Premiera miała miejsce wczoraj (11 kwietnia), książkę kupiłam około 20:00 po powrocie z treningu. Jakim cudem już teraz czytasz ten artykuł? Lektura poradnika nie zajęła mi dużo czasu, ponieważ z 220 stron zaledwie 55 jest wypełnione treścią. Z uwzględnieniem trzech wywiadów i długiego pasma reklamowego z końca książki (30 stron). Bo chyba mogę nazwać pasmem reklamowym serię 14 zdjęć z lokowaniem różnych produktów i tekstów przedstawiających je w samych superlatywach? Spokojnie, reklam jest więcej. Na pierwszej stronie książki też. Na ostatniej również. Łącznie 17. Plus ulotka marki Soraya, tfu, to znaczy zakładka do książki.

W poradniku znajduje się też 60 przepisów. Może zrobisz z nich jakiś pożytek, jeśli pomnożysz wszystkie składniki razy 5 i nie będziesz kierować się sugerowanymi kategoriami dań, bo nie nazwałabym śniadaniem zakwasu z buraków. Nie zjadłabym również na śniadanie tartych buraczków kiszonych. Nie zagryzłabym ich w ramach drugiego śniadania kiszoną kapustą z pomidorami i szczypiorkiem. Obiadowy a’la bigos w składzie: 2 cebule, kilogram kapusty kiszonej, jabłko, przecier pomidorowy, czosnek, marchewki i przyprawy również nie do końca do mnie przemawia. Pieczone cząstki jabłka na podwieczorek już bardziej. A na kolację surówka z papryki (tj. papryka + ogórki kiszone)! Takie rarytasy.

Nie wiedziałabym o tym poradniku, gdyby nie komentarz czytelniczki, w którym podlinkowała wywiad opublikowany w Wyborczej. Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów.

„Nie mogłam zrzucić tej dodatkowej wagi mimo diety. Poza tym czułam się bardzo dobrze, tylko tyłam. Zero metabolizmu. Dodam, że ta nadwaga nie była skutkiem jakiegoś nadmiernego objadania się, bo ja generalnie nigdy nie jadłam za dużo. Wiedziałam, że powód musi być inny.

Diagnoza brzmiała: hashimoto. 

Podejrzenie padło na tarczycę. Dość szybko zrobiłam badania TSH, a potem jeszcze USG tarczycy. Nie było wątpliwości – mam niedoczynność tarczycy, która jak wiadomo, idzie w parze z nadwagą. Lista objawów hashimoto jest długa. Jeśli o mnie chodzi, to mogłabym z niej wykreślić wszystkie poza jednym – tyciem. Nie wypadały mi włosy, nie miałam depresji ani szorstkiej skóry, nie byłam senna ani apatyczna. Tylko ta nadwaga. Nie pamiętam już, jakie miałam TSH, gdy mi zdiagnozowano hashimoto, ale musiało być dość wysokie, skoro od razu dostałam 50 mg tyroksyny.”

Wywiad, w którym autorka (jak sama mówi o swojej książce) „jedynego w swoim rodzaju poradnika”, utożsamia niedoczynność tarczycy z chorobą Hashimoto i poziom TSH przedstawia jako główne kryterium diagnostyczne tej choroby. A jako jej jedyny objaw, tycie. Czytelnicy bloga, którzy znają artykuł „Niedoczynność tarczycy – kolejna wymówka lenia czy realna przeszkoda w odchudzaniu” zdają sobie sprawę, że diagnostyka Hashimoto jest znacznie szersza i wykracza poza badanie poziomu TSH (podstawowe kryterium diagnostyczne w niedoczynności tarczycy) i wykonanie USG tarczycy. O rozpoznaniu choroby Hashimoto decyduje stwierdzenie zwiększonego stężenia przeciwciał anty-TPO, o których nie pada ani jedno słowo w wywiadzie, ani też w książce. Może przypadkiem. A może nie. 


LEKCJA I

Niedoczynność tarczycy to nie choroba Hashimoto. Utożsamianie niedoczynności tarczycy z Hashimoto to ten sam poziom błędu, co nazywanie prostokąta kwadratem. Każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem. Choroba Hashimoto prowadzi do niedoczynności tarczycy, ale niedoczynność tarczycy nie zawsze jest chorobą Hashimoto.


„Teraz, kiedy już skończyłam post, nadal pilnuję diety – 1300 kalorii. Nie ma w niej białego pieczywa, makaronu, ryżu, potraw smażonych. I oczywiście słodyczy. Nie tęsknię za nimi w ogóle. Ja się przestawiłam mentalnie na jedzenie, które mi służy. Niektórym trudno jest zrezygnować ze słodkiego – dla mnie to żadne wyzwanie, bo ja nigdy nie jadłam takich rzeczy.”

1300 kalorii. Dorosła kobieta. Jak wiemy z książki trenująca 2-3 razy w tygodniu przez około godzinę (ćwiczenia siłowe zakończone serią kardio). W aktualnym modelu żywieniowym (Post dr Dąbrowskiej przeplatny okresami „pilnowania diety”) żyje około roku.


LEKCJA II

Odchudzanie zawsze rozpoczynaj od pracy nad relacjami z jedzeniem. Jeśli poczujesz się gotowa i zechcesz na nowo opracować swój jadłospis, przygotować odpowiedni dla Ciebie jadłospis redukcyjny, który pozwoli Ci schudnąć, a w perspektywie długofalowej utrzymać nową masę ciała i prawidłowe funkcjonowanie organizmu, kieruj się kilkoma podstawowymi zasadami:

  • nigdy – nie dostarczaj sobie mniej energii, niż wynosi Twoja Podstawowa Przemiana Materii, czyli taka ilość energii, której potrzebuje Twoje ciało do życia i prawidłowego funkcjonowania narządów i nierobienia niczego, oprócz leżenia i pachnienia (a jeśli miałabym być bardziej precyzyjna, to musiałabym dodać tu litanię specyficznych warunków, do których odnosi się PPM)

Przykład: kobieta, 170 cm wzrostu, 40 lat, 80 kg, praca siedząca + 3 razy w tygodniu godzinny aerobik
PPM (na podstawie wzoru Benedicta-Harrisa): 1548 kcal

  • PPM to granica minimum, ale nie jest to wyznacznik podaży energii na diecie redukcyjnej!
  • bezpieczna dieta redukcyjna dla osoby początkującej powinna dostarczać 80-85% CPM – Całkowitej Przemiany Materii, która składa się z wspomnianej PPM oraz ze wszystkich dodatkowych aktywności wykonywanych w ciągu dnia (do których zalicza się nawet pracę siedzącą, sprzątanie i wszystkie niepozorne rzeczy, którymi zajmujesz się w ciągu dnia) z uwzględnieniem treningów

Schudła prawie 30 kilogramów. Należy jej się zupełnie szczera pochwała za wytrwałość, upór w dążeniu do celu. Należy się też upomnienie za wybrane metody, ale to nie jej wina – oddała się w ręce zaufanych specjalistów, stosowała do ich porad, a osiągnięcie celu było wystarczającym argumentem, by uwierzyć w ich skuteczność i niezawodność na tyle, by napisać o tym poradnik. I za to należy się już nagana.

Książka Karoliny Szostak – Moja spektakularna metamorfoza

książka karoliny szostak moja spektakularna metamorfoza

Fakt. Udo szerokości łydki wygląda spektakularnie na okładkowym zdjęciu. Na tym etapie proponuję zakończyć oglądanie książki. Jeśli ktoś chciałby zaryzykować, niech będzie przygotowany na:

  • niespójność – za przykłady niech posłużą:
    • sugerowana kaloryczność w trzecim tygodniu po zakończeniu głódówki; zgodnie z instrukcją na stronach 40 i 53 dzienna podaż kalorii powinna wynosić 1500 kcal, ale już sto stron później (dokładniej na stronie 147) czytamy o 1400 kcal. Ale kto by się przejmował setką kalorii w tą czy w tą, skoro i tak nie ma tu ani słowa o zapotrzebowaniu energetycznym i indywidualizacji zaleceń.
    • i moje ulubione dżinsy z Zary; musicie wiedzieć, że Karolina „Nie patrzy na siebie ani na innych przez pryzmat kilogramów. Nie one nas definiują”! Moja droga, być może nie wiedziałaś tego, ale definiują nas dżinsy z Zary o czym czytamy 10 stron później: (Karolina odpowiada na pytanie czy nie boi się efektu jojo) „Już nie, ale czasami śni mi się, że przytyłam, dlatego co kilka dni wkładam moje ukochane dżinsy z Zary i sprawdzam czy wszystko jest tak, jak być powinno”.Uczcijmy to minutą ciszy.
  • oderwanie od rzeczywistości – choć autorka bardzo chciałaby pokazać się ze strony dziewczyny z sąsiedztwa, która ma takie same problemy i potrzeby, to jednak ma zupełnie inne możliwości; w trakcie przemiany korzystała z coacha żywieniowego, cateringu dietetycznego, trenera personalnego oraz profesjonalnych zabiegów wyszczuplająco-ujędrniających np. „Redukcję uporczywego tłuszczu w porze lunchu„, którą autorka proponuje wykonać „zamiast kolejnej sukienki albo torebki
  • całkowity brak obiektywizmu – cały poradnik (autorka naprawdę użyła słowa poradnik wobec swojej książki) opiera się na tezie to zadziałało u mnie, więc uważam, że to warte polecenia. Nie znajdziesz w tej książce przeciwskazań do stosowania opisywanych metod, nie doszukasz się bibliografii, źródel, solidnych argumentów. Książka Karoliny Szostak jest wybitnie jednostronna i nie pada w niej ani jedno słowo o indywidualizacji diety, konieczności konsultcji lekarskiej przed rozpoczęciem całego (bardzo, bardzo restrykcyjnego) procesu ani o przeciwskazaniach. W zamian za to znajdziesz nieskończoną listę superlatyw i problemów, które rozwiązuje stosowanie opisywanych metod
  • powtarzanie mitów i półprawd, bez dodatkowych komentarzy, uzasadnień, argumentacji i kontrargumentów
    • „[…] i odtruwać wątrobę, pijąc codziennie rano wodę z cytryną i imbirem”
    • „węglowodany […] i hamują powstawanie zmarszczek”- to jeden z moich ulubionych mechanizmów opisywanych w książce 😀
    • „dieta i styl życia aż w 80% mają na nie [na geny] wpływ” – okej Karola, jak to policzyłaś?
    • „Czy wiesz, że nie musisz być uczulona na gluten, by… i tak Ci szkodził?” – a czy wiesz, że dieta bezglutenowa stosowana w sposób nieodpowiedzialny może być jedną z przyczyn rozwoju cukrzycy typu II? [źródło: pozycja 5 z bibliografii]
    • „Gluten to białka […], które odpowiadają za stany zapalne w organizmie, starzenie się i tycie” – o ja głupia, a myślałam, że tyjemy od nadwyżki kalorycznej w stosunku do wydatkowanej energii. Starość nie radość, to fakt.
    • „Hashmiotki muszą bardziej niż inne kobiety dbać o siebie i unikać nabiału” – artykułów naukowych na temat diety w niedoczynności jest niewiele, a część z tych opublikowanych przeczy skuteczności np. diety eliminującej laktozy w poprawie wyników badań chorych na Hashimoto (przykład 1,2)
    • Notoryczne utożsamianie postu ze zdrowym odżywianiem
  • utrwalanie szkodliwych stereotypów na temat odchudzania – cały proces odchudzania przedstawia jako walkę ze słabościami, a szczupły wygląd jako remedium zmartwień wszelakich:
    • „W końcu nic tak nie dodaje skrzydeł jak piękny wygląd”
    • „Jeśli teraz [w trakcie postu] wygrasz ze sobą, to nic Cię nie pokona”, „Nie mam złotej rady, trzeba po prostu pracować nad sobą i walczyć ze słabościami”
    • Lista produktów dozwolonych i zakazanych, „grzeszki żywieniowe”, „czarna lista”, „produkty zakazane”, „zgrzeszenie lodami czekoladowymi”, „Ja, tak jak ty, codziennie walczę ze sobą”
      • „Pierwszy etap kuracji nie jest tak restrykcyjn jak post. Dlatego kiedy zdarzyła mi się mała wpadka i zjadłam na przykład kubełek lodów karmelowych, nie przerywałam kuracji, tylko starałam się wyciągnąć wnioski z mojej słabości i jak najszybciej wyrzucić z organizmu „owoc grzechu”, pijąc na kolację sok z kiszonej kapusty, kapuśniak albo zajadając kapustę”
  • wywody na temat życia prywatnego – w formie wywiadu, który z Karoliną przeprowadza zaprzyjaźniona redaktorka. Dowiemy się kilku faktów o piersiach Karoliny, jej rozterkach miłosnych, dzieciństwie, okresie liceum i pracy dziennikarki sportowej
  • niski poziom przekazywanej wiedzy – ta książka uczy o żywieniu tyle, ile nauczyłbyś się podczas kursu na prawo jazdy trwającego godzinę. Trochę teorii, trochę praktyki, u mnie działa, jakoś to będzie, to proste, to działa, no zobacz ja umiem jeździć, to Ty też pojedziesz! Wszystkie zagadnienia są omawiane powierzchownie, skrótowo i tak, by pasowały pod tezę. Okej, zdaję sobie sprawę z tego, że nie da się w jednej książce opisać całej prawdy na temat odchudzania. Ale jeśli autorka nie wie jak zrobić to chociażby poprawnie (albo przynajmniej w sposób nieszkodliwy dla Czytelnika) to na cholerę brała się za pisanie? Jedną z odpowiedzi będzie zapewne kolejny punkt…
  • liczne lokowania produktu – od walizek, przez szampon, po antycellulitowe mazidła, catering dietetyczny, klinikę medycyny estetycznej, butów, torebek, bikini, bielizny, kosmetyków kolorowych a nawet mebli. Ale wiecie, nie byle jakich tylko „Ulubionych okoumiliczay, którymi są meble marki Heban. Karolinę cieszy włoski styl we własnym mieszkaniu.”

Najlepszym zwieńczeniem mojej opinii o książce Karoliny Szostak będzie przytoczenie ostatniego akapitu „Mojej spektakularnej metamorfozy”:

Najważniejsze, by wszystko było ze mną spójne, począwszy od mojego stylu życia, przez rzeczy, które mnie otaczają. Dlatego nawet walizka musi do mnie pasować, być unikatowa i jedyna w swoim rodzaju, najlepiej by była spersonalizowana, marki „This is me”. Robert Lewandowski też taką ma. Bo diabeł tkwi w szczegółach, a jak mawiała Greta Garbo: „Ja to nie tylko ja, ja to wszystko, co robię, słyszę i na co patrzę”. (Tu zdjęcie ze spersonalizowaną walizką marki „This is me”, którą – pamiętajcie! – ma także Robert Lewandowski). Czas więc na ciebie, droga czytelniczko, na ciebie i twoją metmorfozę. Powodzenia!

Tymi słowami kończy się książka Karoliny Szostak. Myślę, że nie znalazłabym lepszej puenty dla recenzji. Zaoszczędzone 39 zł wydajcie na przyjemności.

Ostatnia lekcja

Za każdym razem, kiedy zobaczysz książkę celebrytki, wpis blogerki, artykuł w kobiecej prasie, wywiad w telewizji lub cokolwiek co dotyczy odchudzania (i tym samym zdrowia), a co wyszło z ust osoby niemającej odpowiedniego wykształcenia, doświadczenia i wiedzy z tematu, na który się wypowiada, miej z tyłu głowy:

  • fakt, że tematyka fit i odchudzanie świetnie się sprzedaje i klika – ludzie mogą chcieć zarobić na Tobie, Twojej naiwności i Twoich kompleksach
  • świadomość, że żywienie jest bardzo szeroką dziedziną, która wymaga znajomości funkcjonowania ludzkiego organizmu (w stanie zdrowia i choroby) w tak dużym zakresie, który trudno nadrobić w ramach nauki własnej, samorozwoju i szkoleń. Bez tej wiedzy można łatwo zachłysnąć się określonym schematem żywieniowym i stracić obiektywizm wobec określonych metod – rozsądnie wybieraj autorytety, którym powierzasz swoje zdrowie
  • smutny przykład wesołej Dominiki Gwit, która w 2015 roku dostała propozycję napisania książki o swojej metamorfozie – schudła 50 kilogramów, w 2016 promowała ją już jako osoba z nadwagą, a na okładce dalej widniała w odchudzonej wersji. Tutaj można zobaczyć jej metamorfozę od 2013 do 2016 roku, a tutaj aktualne zdjęcie. Nie będę odnosić się do efektu jojo, nie będę krytykować obranych metod (Gaca system) ani chwalenia dnia przed zachodem słońca. Jej historia jest pouczająca i smutna (pokazuje czym skutkuje wybranie złych metod), ale dziś rozmawiamy o pisaniu książek o takiej ważnej i odpowiedzialnej tematyce przez osoby, którym brakuje do tego kompetencji. Przytoczę bardzo ważny fragment wywiadu udzielonego 17 marca bieżącego roku (po schudnięciu, po premierze książki, po przytyciu):

    Prowadzący: Jesteś w takiej sytuacji, że stajesz się takim guru, wszyscy mówią good job, a ty już wiesz, że nie dajesz rady, zaczynają Ci wracać kilogramy, jesteś na chwilę przed promocją książki. Książki, która miała być o tym, jak było wspaniale i w ogóle jestem super, bo jestem chuda.
    Dominika: To znaczy z tą książką to tak nie jest, no ale…
    Prowadzący: Ja wiem, że tak nie jest, bo ją zmieniłaś. Bo to już zaczęło się dziać w trakcie.

    Dominika nie zaprzeczyła, że zmieniła książkę, bo w trakcie prac nad książką przestała wierzyć we własne metody i zaczęłą tyć.

    Dziewczyna opowiada o tym, że czuła się źle, że to nie było dla niej, że teraz jest dużo szczęśliwsza i bogatsza o cenne doświadczenie. Fakty są takie: najpierw było schudnięcie, kolejno program o historiach odchudzających się osób, później propozycja napisania książki, kolejno prace nad książką a w międzyczasie efekt jojo i zmiana części książki. Ale jej książkę nadal promuje zdjęcie szczupłej Dominiki, a nie szczęśliwej Dominiki, która „wróciła do siebie„. Co by było, gdyby efekt jojo pojawił się kilka miesięcy później, już po premierze? Nie wiemy. Ale wiele osób chciałoby pójść tą samą drogą, dopóki widziałoby jej efekty. Pamiętajcie o tym przykładzie za każdym razem, gdy ktoś niezwiązany z branżą, ktoś bez odpowiedniego wykształcenia i wiedzy zaczyna się wypowiadać na tak trudne tematy.

I to by było na tyle. Albo nie. Jeśli chcesz nauczyć się świadomego, odpowiedzialnego odchudzania, zapisz się na listę oczekujących na II edycję Korepetycji z odchudzania. Zabierzemy się za odchudzanie zupełnie inaczej.

Bibliografia:

  1. Wywiad dla Wyborcza.pl z 5.04.2017
  2. Moja spektakularna metamorfoza, Karolina Szostak, Marta Kordyl, 2017 (premiera 11 kwietnia)
  3. Artykuł z mikrobloga Dominiki Gwit
  4. Gwiazdy Cejrowskiego, Odc. 2, Dominika Gwit
  5. Low gluten diets may be associated with higher risk of type 2 diabetes, American Heart Association Meeting Report Presentation
Oceń wpis
Średnia ocena: 0

Komentarze

Komentuj jako gość:

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

lub
  • Umarłam 😀

    • Jak my wszystkie. A ja szczególnie, czytając najpierw wywiad z tą kobitą w Gali.

      • Między innymi Twój komentarz mnie zainspirował! Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że ta książka będzie tak zła.

        • Dobrze się stało, że zabrałaś się za analizę problemu i podziwiam za dogłębność. Pewnie zaraz dobiorą się do Ciebie w Internetach obrońcy autorki 'poradnika’, ale bardzo chętnie wciągnę ich nosem :]

  • Aż zerknęłam, czy to na pewno post z dzisiaj, bo obstawiałam 1.04 i zmyśloną książkę…

  • Generalnie Karolina Szostak była na Poście dr Dąbrowskiej, który z założenia jest postem leczniczym. Część osób leczy nim właśnie problemy z tarczycą, ale wielkość i tak chce na nim po prostu schudnąć. Sam post ma chyba tyle samo przeciwników, co zwolenników.

    • W recenzji nie oceniam wpływu postu dr Dąbrowskiej na leczenie tarczycy, starałam się też nie oceniać go w żaden inny sposób, niż w kontekście odchudzania. Bo jak autorka książka twierdzi i jak mówi sama okładka ta książka to poradnik, które chcą wiedzieć jak karolinie udało się schudnąć 30 kilogramów. Przekaz jest jasny – post (choć są wzmianki o wpływie prozdrowotnym) jest tu przedstawiany głównie jako narzędzie do uzyskania szczuplejszej sylwetki. O samym poście opublikuję artykuł niebawem, mam jeszcze jedną książkę dr Dąbrowskiej do doczytania.

  • O mamuniu. Właściwie to nawet nie wiem, co powiedzieć, bo chyba powiedziałaś już wszystko ;o

  • Wiesz co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? Że ta książka będzie się sprzedawać, a jej autorka będzie wychodzić nam dosłownie z lodówki podczas jej promocji. I będzie podziwiana, za to, że tak schudła, a te wszystkie bzdury będą powielane przez te wszystkie kobiety, które w te brednie uwierzą.

    • Artykuł tak się rozniósł, że może będzie ich dzięki niemu trochę mniej. Oby!

  • Dziękuję za ostrzeżenie! :*

    A post stosowany jako forma leczenia? Znam kilka osób, które go ukończyły i twierdzą, że pomógł im pozbyć się np. uczulenia czy uporczywego bólu zatok… interesowałaś się może czy ma jakieś solidne podstawy? 🙂 Bo trochę mnie kusi, nie jako metoda odchudzania…

    • Na fejsbuku są całe grupy wsparcia, faktycznie wielu osobom to pomaga (najczęściej w przypadku chorób przewlekłych). Ja też zamierzam przetestować (czekam na lato, aż będzie dostępnych więcej świeżych warzyw i owoców), ale na pewno nie przez 40 dni 😉 Nie jest to metoda odchudzania, myślę, że traci się głównie wodę i toksyny…

      • Przygotuję o tym cały artykuł, w którym przedstawię swoją opinię wraz z konkretnymi argumentami :).

        • Super! Czekam z niecierpliwością. 🙂

  • Identyczne odczucia miałam z książką Pani Pawlikowskiej: „Wyszłam z niemocy i depresji. Ty też możesz!”

    Cytuję:
    „Depresja to wielka pustynia pełna łez.
    Ale to jest tylko stan przejściowy.
    Można to zmienić.
    Trzeba tylko zrozumieć czym jest depresja, skąd się bierze i jaki jest jej mechanizm działania.
    To właśnie zrozumiałam. Wymyśliłam narzędzia. Zastosowałam. Zwyciężyłam.
    Ty też możesz.”

    Stek bzdur. Depresja to nie grypa. Przez 5 lat studiów od żadnego specjalisty nie usłyszałam, że wystarczy „zrozumieć” i żyć pełnią życia jak gdyby nigdy nic.

    • Wyobraziłam sobie taką definicję depresji w Szczekliku.

      [*]

  • no, zaimponowałaś mi tym postem. wiedziałam, że zawsze piszesz merytorycznie, jakiś czas Ciebie czytam.dziś jednak jakoś szczególnie do mnie to dotarło, bo piszę artykuł naukowy (zachciało mi się mieć dr przed nazwiskiem) i jestem na etapie poszukiwań wyników badań na researchgate (tematyka totalnie inna niż Twojego bloga, ale to nieistotne ;)) . W ramach odstresowania włączyłam fb i mignął mi Twój . Dotarło do mnie, że ten artykuł niewiele różni się od tych, które czytam na researchgate. Poza tym, że jest napisany o wiele przystępniejszym językiem. 🙂 pozdrawiam !

    • Pomyślałam to samo czytając w przerwie między zgrabnym formułowaniem tematu na konferencję z zupełnie innej dziedziny 😀

      • Dziękuję, Wasze komentarze dużo do mnie znaczą. Wiele wskazuje na to, że niebawem dołączę do grona doktor(nielajfstajl)łonabi :D.

    • Masz juz dr przed nazwiskiem? kompleksy ?czy niespelnione ambicje rodzicow?

  • Koszmar! Ile ta książka zrobi złego. Choruję na niedoczynność, borykam się również z hashimoto! Gwiazdki nie znam, nawet Google nie było w stanie mi jej skojarzyć z niczym… Pisze, że szybko wykryto u niej hashimoto?! TSH zrobiła i już? Diagnoza.. Szlak! (wybacz) Kilka lat moje ciało wariowało, mdlałam, chudłam, tyłam, włosy gęstniały i wypadały, cera piękna cera brzydka, oczy zapadnięte… Neurolodzy, endokrynolodzy, nawet podejrzenie boreliozy. Kilka lat błędnie podawanych leków. Dziesiątki fiolek pełnych mojej krwi. Dziś już wiem i mimo wiedzy i starań mam kiepski tydzień. Włosy są wszędzie, najgorzej gdy je myję, nie chcielibyście tego widzieć! Dieta, którą przeszła ta kobieta w przypadku hashimoto i niedoczynności może spowodować tak duże spustoszenie w jej organizmie, że jeszcze wiele lat później będzie zbierać te strzępy zdrowia w kupę! Tak Hashimoto i niedoczynność utrudnia utrzymanie prawidłowej wagi. Głodówka może doprowadzić do tragedii! Hashimoto to autoagresja, leczymy ją głównie dietą, niedoczynność lekami. Podniosła mi ta dolarowa pijawka ciśnienie! Dobrze, że Ty poruszasz ten temat! Dziękuję!

    • U mnie na szczęście udało się sprawnie zdiagnozować, bo lekarz rodzinny mię bacząc na limity zaraz zlecił wielkie możliwe badania (więc moja diagnostyka wykraczają dalece ponad tsh, ft3, Ft4, anty tpo i usg). Współczuję że i Ciebie z leczeniem jest taki problem. Ja się trochę wkurzałam bo mi skakaly hormony, ale po 7 mcach względnie udało się opanować i widzę mega poprawę i siebie. Szczerze ciężko mi powiedzieć jak duże znaczenie ma tutaj samo leczenie, ale też zaczęłam bardziej świadomie podchodzić so tego co jem i pilnować żeby dostarczać sobie witamin i minerałów (wprowadziłem też dodatkową suplementację ale wcześniej poczytałam co mi grozi gdybym przyjmowała ich za dużo i wybrałam tylko te, których nie można przedawkować 😉 z czasem w różnych artykułach (mniej lub bardziej naukowych) czytałam że niektóre suplementy mogą pomagać w Hashimoto. Nie żebym jakoś do tego przywiązywała wagę ale pomyślałam że spoko – skoro się lepiej czuję, to może i tak jest, a na pewno mi nie szkodą 😉 więc zgadzam się, że spore znaczenie ma to co sami w siebie ładujemy 🙂

  • Nooo Monika. Bum bach i trach. Pozamiatane. Świetny merytoryczny tekst. Nie mogę się doczekać 2giej edycji kursu.

  • Monika z tego wynika że po pięciu latach studiów wiesz prawie nic o odchudzaniu. ☺☺ Świetny artykuł, super się czyta. Pozdrawiam.

  • Pani Karolina przedstawiajac przykładowe przepisy kierowała się postem dr Dąbrowskiej. Post bardzo jej pomógł i nie chodzi tu o utratę kilogramów. Poczytaj trochę na ten temat.

    • Karolino, może mało klarownie okresliłam swoje intencje – nie miałam zamiaru krytykować postu dr Dąbrowskiej, a promowanie postu jako metodę odchudzania. Książka jest poradnikiem dla osób „które chcą wiedzieć co dokładnie krok po kroku karolina zrobiła, żeby schudnąć 30 kilogramów”. Jak sama pewnie wiesz nawet na stronie samej dr Dąbrowskiej są wzmiankowane przeciwskazania do stosowania postu oraz podkreślana konieczności konsultacji lekarskiej. W książce bardzo mi tego brakuje.

      O poście dr Dąbrowskiej przygotuję oddzielny artykuł, mam nadzieję, że wtedy zechcesz poznać moją opinię w szerszej perspektywie 🙂

  • Po pierwszych zdaniach właśnie od razu skojarzyła mi się historia Dominiki. Mogłabym tu dużo pisać, bo mam już na tyle lat, że różne swoje przemyślenia posiadam (także na swoim przykładzie), ale powiem tylko tyle, że kurcze smutny jest ten świat. Że przykre jest to definiowanie się przez wygląd, że boli mnie serce, gdy widzę że nawet rynek wydawniczy dopada ta pogoń za pieniądzem, bo nie liczy się dobra literatura, tylko taka, która się sprzeda. Uważam siebie za już dość świadomego człowieka w różnych kwestiach (lubię zdobywać nową wiedzę i ty Monika masz w to duży wkład) i tym bardziej przeraża mnie to, co czasem czytam. I nawet jak ktoś chce dobrze, nie ma złych intencji, to przekaz jest jaki jest, czyli do d**y. Ciężka ta nasza rzeczywistość gdzie non stop człowiek musi się uczyć oddzielać prawdę od połprawdy (lub g**no prawdy), faktów od mitów, etc, etc. Bo mimo wszystko wierzę w ludzi i w to, że Pani Karolina chciała dobrze. A wyszło niestety jak zwykle…

    • Magda, cieszę się, że moje znacznie mniej spektakularne metody miały na Ciebie dobry wpływ.

      Ja przede wszystkim nie uważam, że autorka musi się znać na żywieniu. Ale jeśli się nie zna, to nie powina stać się autorką książki o tej tematyce. To niestety bardzo krzywdzące. Ale mogło być tak, że to seria zbiegów okoliczności, podpowiedzi, sugestii, nacisków i wyszło jak wyszło. Ilość reklam na dokładkę przelewa czarę goryczy.

  • Jak można promować tak restrykcyjną i ciężka „dietę” jaką jest post Dąbrowskiej bez choćby wzmianki o konsultacji ze specjalistą ja nie wiem. Jeżeli ktoś zrobi sobie krzywdę bo naczytał się tych superlatyw to ta celebrytka może mieć z tego tytułu problemy i to całkiem słusznie.

  • Hmm, z tą Karoliną to w ogóle jest takie trochę nieporozumienie, bo jej schudnięcie przypisuje się jedzeniu liści sałaty, a w rzeczywistości – z tego co kojarzę – Karolina najpierw była na Tańcu z Gwiazdami i tam zrzuciła pierwsze kilogramy, a dopiero potem sięgnęła po catering w stylu postu Dąbrowskiej.

    Swoją drogą tak trochę przeczuwałam, że ta książka właśnie tak będzie wyglądać – więcej obrazków i procuct placementów niż merytorycznej treści. Chyba strasznie bym się zawiodła, gdybym wydała na nią pieniądze… Fajnie, że napisałaś ten post, może dzięki Tobie choć kilka osób zaoszczędzi pieniądze i – przede wszystkim – zdrowie (w tym ja 🙂 ). Co do postu Dąbrowskiej, to nie jestem ani zwolenniczką, ani
    przeciwniczką. Za to przeraża mnie ta ignorancja Szostak, którą wypunktowałaś – notabene dziennikarki sportowej, od której wymagałoby się przecież odrobiny więcej merytoryki niż od ściankowych celebrytów.

    Pozdrowienia

    • Dziękuję za wartościowy komentarz. Mam podobne podejście do postu dr Dąbrowskiej i zamierzam je szeroko opisać (i uargumentować) w jednym z kolejnych artykułów.

  • Bo książkę czy tam poradnik to teraz każdy może wydać. Nie jest to problem, a że w niej same głupoty? Oj tam, oj tam, znajdą się jakieś naiwne co łykną to jak młody pelikan.

    • Niestety, ta książka uświadomiła mi, że powinniśmy postrzegać książki w tych samych kategoriach, co artykuły w Internecie.

  • Najpierw musiałam wygooglowac kim ta pani właściwie jest. Smutne, że takie badziewie trafiło do sprzedaży i że ktoś będzie z tego zapewne korzystał. Powinien być jakiś wymóg weryfikacji takich poradników żywieniowych/dietetycznych żeby nie robić ludziom wody z mózgu i krzywdy.

  • W weekend jak byłam w Empiku książka wpadła mi w ręce i chwilę ją przekartkowałam. Przeraża mnie to, że każdy wydaje książki i to jeszcze w tak poważnej dziedzinie, jakim jest zdrowie. Mam dosyć tych wszystkich celebrytów i ich wspaniałych rad na temat ich wspaniałego życia. Powoli przeradza się to dla mnie w obciach…

    • A ja przepraszam, że odpisuję tak zupełnie nie na temat, ale chciałam Ci dać znać, że masz prze-pię-kny avatar <3

      • Zgadzam się, też się zachwyciłam jak zobaczyłam! @madziar:disqus zmieniłaś go chyba niedawno, prawda? 🙂

        • Dziękuję 😉 Dziś coś mnie tak wiosennie tknęło… i myślę sobie – zaszaleję… ;p 😉

      • ooo jak miło <3

      • Dziękuję 😉 Wobec tego zajrzyj na bloga… jest więcej zdjęć w tej iście wiosennej koszuli 🙂

  • To jest tak żałosne, że nawet nie wiem, jak skomentować. Trochę żal mi wysiłku na sformułowanie konstruktywnego komentarza, bo ta książka po prostu na niego nie zasługuje…

    Brawa dla Ciebie za merytorykę i misję „otwierania oczu” nieświadomym dziewczynom. Obawiam się jednak, że te, które zainteresuje książka Szostak, nie wylądują na Twoim blogu, bo wolą łatwe bajki, niż wolniejszą drogę, wymagającą trochę wysiłku włożonego w zdobywanie wiedzy.

    Niestety te przykłady nieracjonalnej diety się mnożą i masa infulencerek powiela te informacje. Ja np. śledziłam od czasu do czasu na youtube foodbooki jednej dziewczyny, jako inspirację i dla „estetyki” gotowania. Ale ona w każdym foodbooku powtarza, że na redukcji jadła ok. 1100-1300 kcal dziennie (ale raczej 1100-1200), ćwicząc dość regularnie. I ciągle powtarza, że jest „petite frame”, a tylko w dwóch vlogach przyznaje, że to oznacza, że ma ok. 154cm wzrostu (5.02 stóp, ale w jednym vlogu zrozumiałam to jako 5.2 ft, czyli 164cm). Czyli ciągle jest poniżej PPM… Subskrybentek ma 120 tys., a najpopularniejsze filmy na kanale widziało prawie milion osób. Smutne… https://www.youtube.com/watch?v=7chUi3RYpwM

  • Co do Karoliny Szostak… Fakt, spektakularna metamorfoza. Brawa za wytrwałość i upór. Ale tak jak napisałaś, ona + sztab ludzi, którzy z nią pracowali i pewnie nadal pracują na jej sukces. A o głodówce i tego typu rzeczach nie będę się wypowiadać bo to dla mnie chore… Całe życie ma zamiar praktycznie nic nie jeść… Chore, dokąd ten świat zmierza. Przykład Gwit jest smutny, teraz tłumaczy się, że wtedy, będąc chudą nie była szczęśliwa, teraz jest sobą. Hmmm… Polemizowała bym z tym…

    • Tego jak się czuje nie wiemy. Ale to, że zmieniła treść książki w trakcie pisania, zamierzała ją wydać z innym zamysłem, a okładkę nadal firmuje jej szczupła sylwetka, jest faktem. Smutnym.

  • niestety pisanie książek jest teraz modne. Jednego dnia ktoś decyduje, że napisze książkę, drugiego ją wydaje, a trzeciego już uczy jak pisać książki. Najbardziej lubię te wśród blogerów, najpierw dowiaduję się, że ktoś napisał książkę na jakiś temat, a za jakiś czas w postach wychodzi podstawowy brak wiedzy na dany temat, a czasem wręcz prośby o porady.

  • A co do hashimoto – nie obwiniałabym Karoliny, po prostu nie czytała nic na ten temat, pewnie swoją wiedzę opiera na tym co powiedział jej endokrynolog… Moja koleżanka na hashimoto choruje od ponad 10 lat i nawet nie wiedziała co to są przeciwciała (po diagnozie pytałam ją o wyniki, żeby porównać ze swoimi). Lekarze często w ogóle nie każą badać przeciwciał tarczycowych (dla mojej endo to tylko potwierdzenie diagnozy z usg, zbędny wydatek, lepiej badać samo TSH i ft4, które można regulować Euthyroxem). Teraz jest większa świadomość tej choroby, ludzie na własną rękę badają atpo i atg, próbują je zbić dietą, suplementacją, LDN i innymi sposobami, ale wg lekarzy to strata czasu…

    • Oczywiście, że nie ma takiego obowiązku, żeby znać szczegóły medyczne swojej choroby. Ale jeśli się coś publikuje, co przeczyta wiele osób, nie ma tu usprawiedliwienia. Ona wprowadzi w ten sposób w błąd bardzo wiele osób. Bo jak jest napisane w książce przez mądrą panią z telewizji, to pewnie to prawda.

      • Zgadzam się z Tobą, powinna trochę więcej poczytać na ten temat zanim zdecyduje się wydać książkę (ewentualnie uzupełnić ją komentarzem osoby z odpowiednią wiedzą), ale prawda jest taka, że wiele osób w 100% ufa lekarzom i nawet jeśli przeczyta coś sprzecznego ze zdaniem lekarza to uznaje to za nieprawdę. Jestem zapisana do grupy dyskusyjnej osób z hashimoto i często spotykam się z takim podejściem i niechęcią do zgłębiania informacji (od tego jest lekarz… który najczęściej ma 5 etatów i nie ma czasu na aktualizację swojej wiedzy).

        • Tak jak w odchudzaniu – najlepiej zachować umiar :). Zgadzam się że istnieje wielu lekarzy, którzy po prostu nie nadają się do wykonywania swojego zawodu, ale ich brak kompetencji nie skreśla wszystkich pozostałych. Ale nie dziwię się, że coraz trudniej jest ufać, skoro państwowa służba zdrowia wygląda tak jak wygląda.

        • Niestety już od jakiegoś czasu szukam endokrynologa, który bardziej holistycznie spojrzy na mój organizm i hashimoto, ale bezskutecznie.. Najlepiej przepisać Euthyrox i leczyć objawy choroby, bez poszukiwania jej przyczyny 😉

  • Piszę po raz pierwszy chociaż korzystam z Twojego bloga od bardzo dawna. Pomógł mi w zgubieniu ponad 15 zbędnych kilogramów – co zważywszy na mój wiek (45 lat) uważam za spory sukces. Zmieniłam całkowicie swoje nawyki żywieniowe, odnajdując radość w kuchni i włączając do codziennego życia aktywność fizyczną. Dwa miesiące temu zmieniłam pracę, która niestety nie zostawia mi takiego marginesu wolnego czasu, żebym mogła codziennie biegać (tak jak miałam to w zwyczaju do tej pory). Odczułam to od razu na wadze. +2 kg. Nie zmieniłam nic w swoim jadłospisie. Posiłki przygotowuję w domu i zabieram w postaci lunch box ze sobą do pracy. Trzymam zasadę 5 posiłków. Piję wymagane 1,5 l wody dziennie. A waga idzie w górę. Co robię źle ? Czy powinnam obniżyć kaloryczność posiłków z uwagi na zmniejszenie aktywności fizycznej ( z 6 razy w tygodniu do 2-3 razy) ? Proszę o pomoc, bo za nic w świecie nie chcę już siebie w wersji fat.

    • Asiu, przede wszystkim bardzo gratuluję Ci dotychczasowego sukcesu! Cieszę się, że z małą pomocą bloga udało Ci się osiągnać tak dużo.

      Co do chwilowego zastoju wagi potrzebuję kilku dodatkowych informacji:
      – jaka jest Twoja CPM aktualnie, a jaka była przy częstszy treningach?
      – jaka jest aktualna kaloryczność diety?
      – od jak dawna jesz określoną ilośc kalorii?
      – czy chorujesz na jakiekolwiek choroby przewlekłe?

      • Aktualne CPM przy niskiej aktywności fizycznej to około 1650, przy aktywności większej około 1900. Staram się nie przekraczać 1600 kalorii. Jem „z głową”, ale nie popadam w paranoję i czasami pozwalam sobie na gałkę „śliwki w czekoladzie” od Grycana. Zaczęłam zmieniać swoje życie w lutym 2014 (ważyłam wtedy 70 kg) i w październiku 2014 osiągnęłam wagę (55 kg) która mnie satysfakcjonowała. Nie chciałam więcej już więcej chudnąć, nie jestem nastolatką, 6 lat temu urodziłam drugie dziecko, więc i tak byłam dumna z tego co osiągnęłam. Nigdy nie miałam większych problemów ze zdrowiem, nie leczyłam się na nic przewlekle, nie przyjmuję na stałe żadnych leków. Podwyższony cholesterol uregulowałam dietą, a aktywność fizyczna pozwoliła mi odstawić leki na nadciśnienie, którego nabawiłam się podczas ciąży. Jestem zdrową kobietą 40+, mam więcej energii niż wtedy kiedy miałam 30 lat. Dlatego martwię się, że waga nagle zaczęła szybować w górę.

  • Pierwszy raz słyszę o tej książce ale rany – jakie to straszne! Ile biednych, niczego nieświadomych kobiet ją kupi, uwierzy w to co przeczyta a potem jeszcze bardziej pogorszy swoje relacje z jedzeniem… Przykre 🙁

    • Mam nadzieję, ze dzięki temu wpisowi będzie ich trochę mniej.

  • Dziękuję za tego bloga! Za rzetelne informacje i za opis obserwacji w zabawny sposób 😉

    • Polecam się! 🙂 Niedługo opublikuję artykuł, w którym odniosę się do samego postu Dr Dąbrowskiej.

      • Bardzo jestem tego ciekawa! Mogłabyś poruszyć także aspekt ewentualnych głodówek pod kontrolą lekarza? Czy to cokolwiek zmienia?

      • O, super! Czekam z niecierpliwością, bo jestem bardzo ciekawa Twojej opinii. A wpis świetny 🙂

      • Jestem teraz w połowie takiego postu. Przed rozpoczęciem zrobiłam sobie kompletne badania krwi, a po jego zakończeniu, za około 3 tyg., planuję je powtórzyć. Jeśli chcesz, to dam znać co i jak. Oczywiście 1 osoba to nie jest próba reprezentatywna, ale może kogoś zaciekawią wyniki.
        Pozdrowienia

  • Dzięki programom śniadaniowym, co drugi celebryta jest ekspertem od żywienia,
    wychowywania dzieci, inwestowania oszczędności, organizowania życia,
    wakacji, pracy etc. no oszaleć można. Celebryto, jak żyć? Eh, zwyczajne
    parcie na szkło…nie chcą mnie w TV, hmm to może książkę wydam.A, że nie będzie poparta rzetelnymi badaniami czy źródłem – Who cares?

    • Dzisiejsze książki niczym się nie różnią od artykułów w Internecie i z takim samym dystansem powinniśmy do nich podchodzić. Nie ma komitetu naukowego czuwającego nad wartością merytoryczną książki wydawanej w wydawnictwie powszechnym.

      A szkoda.

  • Nasuwa mi się komentarz, że to jeden z Twoich najważniejszych wpisów. Z jednej strony, to bardzo głupi komentarz, bo brzmi, jakbym deprecjonowała wielką pracę naukową, jaką wkładasz w przygotowanie swoich treści, ich merytoryczność i aktualność. Z drugiej jednak, i to chciałam wyrazić, takie rozprawianie się ze szkodliwymi mitami jest w pewnym sensie jeszcze cenniejsze. Celebryckie sposoby na zdrowie bombardują nas zewsząd i przeciętny człowiek ma prawo czuć się wygłupiony i zagubiony. Autorytet „z ekranu” działa – i może szkodzić. Dlatego tak ważna jest podkreślana przez Ciebie odpowiedzialność. Ta sama, w imię której Ty napisałaś swój tekst. Rzetelna wiedza to jedno – ale nie każdy do niej sięgnie. Rozprawianie się ze szkodliwymi przesądami i uproszczeniami jest równie ważne – i to chciałam powiedzieć 😉

    • Dziękuję za Twój komentarz. Mam nadzieję, że z czasem równie popularne będą artykuły promujące zdrowe podejście do zdrowego stylu życia. Wierzę, że kropla drąży skałę i mimo mniejszej skali mojej działalności i tak jestem zadowolona z efektów, które przynosi. Choć zapewne obie zdajemy sobie sprawę, że „opłacałoby się” promować metody dające spektakularne efekty. Ale podążając za Bartoszewskim „Na pewno nie wszystko, co warto, to się opłaca, ale jeszcze pewniej (…) nie wszystko, co się opłaca, to jest w życiu coś warte. „

  • Tak, to jest straszne, i Twoje podsumowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak mam rację. Diety dr Dąbrowskiej i inne „postne”, obcinające kalorie do minimum aby tylko wstać z łóżka są straszne i jak najwięcej osób powinno o tym wiedzieć. To nie jest dobre. U mnie w pracy jedna połowa jest na „diecie” dr Dąbrowskiej, druga połowa jeździ do pseudo-dietetyczki, która wręcza im dietę na 2 tygodnie, najprawdopodobniej ściągniętą z internetu, która ma dostarczać, znowu, minimum kalorii. Tylko później efekt jojo murowany. A ile szkody dla organizmu. Nie dalej jak wczoraj rozmowa była o wadze, diecie, tematy jak to w babskim gronie. I na info, ile ważę (tak, niestety mam parę kilogramów do zrzucenia), moja koleżanka powiedziała: „No tak, ale ty to lubisz jeść te owsianki” !!!! Kurde, przecież owsianka jest jednym ze zdrowszych śniadań, obok jaglanki, jajek!!!
    Od razu ich odsyłam na Twój blog, lub w podobnym rodzaju. Niestety, efekt jest marny, bo zazwyczaj te pseudo-diety, głodówki dają spektakularne – nomen omen – efekty. A to jest najważniejsze!!
    Dla mnie jest to nie do pojęcia.
    Pozdrawiam Cie mocno!!

    • Marzena, niebawem pojawi się artykuł o diecie dr Dąbrowskiej, na pewno Cię zainteresuje. A co do odsyłania do bloga – wierzę, że na pewnym etapie Ci ludzie i tak trafią do mnie czy innych osób zajmujących się innymi strategiami odchudzania. To jest smutna kwestia statystyki. Wolałabym, żeby tak nie było, ale większość osób korzystających z restrykcyjnych metod skończy z efektem jojo i zaburzonymi relacjami z jedzeniem.

      • Nigdy nie slyszalam o tej diecie dlatego zainteresowalam sie tematem i przeczytalam pobieznie o co chodzi. Z tego co zrozumialam ta dieta w ogole nie zostala stworzona z mysla o odchudzaniu! tylko jako pomoc przy leczeniu bardzo konkretnych schorzen, mozna ja stosowac przez okres maksymalnie 6 tygodni, wylacznie pod nadzorem lekarza! I na stronie oficjalnej wisi to jak byk. To, ze ktos to promuje jako kuracje odchudzajaca dla zdrowych ludzi to jakies nieporozumienie.

        Mam skojarzenia z dieta ketogeniczna, ktora zdaje sie tez zostala stworzona po to, by leczyc konkretne rzeczy a nie jako dieta odchudzajaca ale z jakiegos powodu zostala podchwycona przez fit-swiatek i teraz co drugi paker jest na keto.

      • Ja każdego roku oczyszczam się przez 2 tygodnie na poście Dr.Dąbrowskiej i rezultaty sa super, ale nie polecam postu jako diety odchudzającej, a raczej poprawiającej kondycje zdrowotną w wielu aspektach.

  • Właściwie jedyne co się nasuwa na myśl to stwierdzenie „dlaczego mnie to nie dziwi”. Kiedyś dostałam od lekarki zalecenie przejścia na dietę 1000 kcal z adnotacją, że na tej diecie będę musiała być do końca życia jeśli chce być szczupła. Dodam, że u mnie za problemy z wagą odpowiedzialna jest niedoczynność z AZT, za wysoka insulina i prolaktyna oraz kilka innych zawirowań hormonalnych. Także skoro są lekarze, którzy propagują takie „diety” to nic mnie już nie zdziwi – wiadomo to się dobrze sprzedaje – schudła, no schudła, a to, że ma to negatywny wpływ na jej zdrowie to już nikogo za bardzo nie interesuje. Ważne, że w kieszeni pojawią się miliony monet. Mnie z kolei w tego typu książkach zawsze zastanawia zasadność pokazywania najbardziej nieprzydatnych i niesmacznych przepisów jakie można wymyślić. Do tego przedstawienie diety eliminacyjnej jako jedynego remedium na problemy ze zbędnymi kilogramami. Odchudzanie to przejście przez męki i wpychanie w siebie potraw, które wyglądają jakby swoje dobre czasy miały już dawno za sobą. Na szczęście mamy wybór i możemy postawić na aktywność fizyczną i zdrowe odżywianie – szkoda tylko, że wiele osób złapie się na „dietę gwiazd” jako ostatnią deskę ratunku.

  • Bardzo madry
    tekst ale jestem rozczarowana po prezczytaniu zakonczenia. Chociaż to oczywiste
    ze na swoim blogu przy każdej możliwe j okazji reklamujesz swoje produkty :)ale może i dobrze ze po takiej recenzji każdy
    pewnie 2 razy się zastanwoi czy woli wydac swoje pieniądze na taka ksiazke czy
    na porządny wartościowy produkt

  • +10 kg na wadze – pewnie mam niedoczynność tarczycy, + 2 kg – mam niedoczynność tarczycy, + 3 wałki na brzuchu – mam niedoczynność tarczycy, pojawiły się boczki – mam niedoczynność tarczycy. To wielkie objawienie, że wszystkiemu winna jest tarczyca jest już zbyt popularne. Fakt, wpływa to na nasz metabolizm i może być problem z tyciem ale wcale nie musi. Ja od 10 lat leczę się na niedoczynność tarczycy i NIGDY nie miałam żadnego problemu z tyciem. A byłam u niejednego lekarza i miałam niezliczoną liczbę badań krwi, USG. Mam 22 lata a moja waga nigdy nie przekroczyła 50 kg. Nie jestem też anorektyczką, mam 157 cm wzrostu więc moja waga jest całkiem w porządku. O dobrych genach też nie ma co mówić ponieważ moja młodsza siostra też na to choruje i ona już musi uważać na to co i w jakich ilościach je ale też bez przesady. Tak więc niedoczynność tarczycy może powodować tycie ale wcale nie musi i ja jestem na to żywym dowodem. Pani Szostak oczywiście przeszła niesamowitą metamorfozę – ale pod okiem specjalistów. Nas szaraczków w większości nie stać na taki rarytas. Ale muszę przyznać, że pomysł na wypromowanie książki miała świetny – kobieta ma problemy z wagą, okazuje się, że to przez chorobę ( no bo broń panie Boże żeby to było przez lenistwo i brak aktywności fizycznej ) ale pokonuje przeciwności losu i przechodzi metamorfozę! Mało tego, jest tak obeznana w tym temacie, że pisze książkę, dzięki której wszystkie kobiety z podobnymi problemami mogą się zmienić! A prawda jest taka że sztab ludzi pracował na to żeby tak schudła, w książce więcej jest reklam niż pożytecznych informacji ( no bo książka o odchudzaniu jest idealnym miejscem na pokazanie walizki lubianej przez Roberta Lewandowskiego, swoją drogą szkoda faceta bo masowo wykorzystują jego nazwisko ) i nikogo nie obchodzi, że masa kobiet może sobie zrobić krzywdę przez coś takiego. Ważne żeby hajs się zgadzał. I niestety w tym ostatnim zdaniu zamykają się realia XXI wieku, co jest bardzo smutne ale prawdziwe.

  • Ostatnio nawet w kabarecie do jej spektakularnej metamorfozy nawiązali. Chyba najbardziej podoba mi się powiązanie zmarszczek i węglowodanów. W takich książkach człowiek dużo się dowiaduje (śmiech). Jest się z czego pośmiać, ale dzięki Tobie widać jak wiele krzywdy takie książki mogą wyrządzić. Szkoda, że nie ma nikogo, kto zakaże wydawania takich książek.

    • Niestety, za dużo osób po drodze na tym zarabia, by takie pozycje przestały się pokazywać w księgarniach.

  • Omg, co sie zobaczy, to juz sie nie odzobaczy o.o Jaki rak content, ta ksiazka. Tylko, ze to logiczne. Ten caly fit biznes nie sprzedaje zdrowia tylko sprzedaje marzenia – a to duza roznica.

    Zwrocilam uwage na jeszcze jedna, wazna rzecz. Wiekszosc osob korzystajacych z produktow powiazanych z odchudzaniem, wcale tego nie potrzebuje. Przerazilo mnie, ze wiekszosc osob na vitalii czy innych forach poswieconych odchudzaniu, to osoby ktore nie powinny sie odchudzac. Osob otylych czy nawet z nadwaga jest tam garstka. Tak samo na zajeciach fitness nakierowanych stricte na spalanie (wszelakie fat-burny itp) mimo, ze kluby oferuja zajecia bardziej przydatne u osob szczuplych – typu wzmacnianie i modelowanie.

    To jest straszne, ze najwieksza grupa klientow, ktora utrzymuje ten caly fitnessowo-dietetyczny biznes to osoby szczuple, ktore tych uslug nie potrzebuja, jednak z jakiegos powodu siebie nie lubia i nie akceptuja. A jak czlowiek siebie nie lubi, to jest bardzo konsekwentny w swoich autodestrukcyjnych zapedach i wytrzyma nawet 3 miesiace na diecie z kiszonego buraka, byle tylko dalej trwac w swoich urojeniach. Wiele osob nie potrafi tez zaakceptowac faktu, ze konkretna waga czy wymiary moga byc poza ich zasiegiem z przyczyn absolutnie naturalnych, ktore nie maja nic wspolnego z iloscia tkanki tluszczowej w organizmie.

    Dlatego ten biznes szybko nie padnie. Bo on nie utrzymuje sie z osob otylych czy z nadwaga, nie utrzymuje sie z checi prowadzenia zdrowego stylu zycia tylko utrzymuje sie z kompleksow, ktore (co jest jak najbardziej logiczne) sam sugestywnie podsyca wypuszczajac kolejne zdjecia fit-trenerek do internetow.

    • szczupłe osoby też potrzebują takich stron by pozostać szczupłe. Dzięki apce vitalii (fitatu) jestem szczupła.

      • Ja nie twierdzę, że szczupłe osoby nie potrzebują zdrowego stylu życia czy narzędzi ułatwiających kontrolę wagi. Jak najbardziej potrzebują. Natomiast nie potrzebują i nie powinny się odchudzać. A niestety to robią, nagminnie. Popatrz na Vitalie jakie tam są metamorfozy – typowe z kości na ości, nawet Marta z Codziennie Fit pisała jak nagminnie zgłaszają się do niej osoby, które chcą schudnąć choć nie mają z czego. Każda, nawet bardzo szczupła dziewczyna jest „na diecie”, co znacznie zwiększa ryzyko efektu jojo z przekroczeniem pierwotnej masy ciała. To paranoja na ktorej zarabia ten biznes. 50 lat temu ludzie nie byli na diecie a byli szczuplejsi.

  • Czekam na Twoją książkę!!!!!!! 🙂 Super, że o tym piszesz! Rzeczywiście jej metamorfoza wydawała się spektakularna 🙂 Ale jak widać to tylko medialna otoczka :))))))

  • Przeglądałam te książeczki z dietą, postem dr Dąbrowskiej bo wyobraźcie sobie, że moja mama ma je w domu. I jak przeczytałam, że dostarcza się organizmowi 400 kcal to się przeraziłam. Jak można mieć siłę do czegokolwiek przy takiej kaloryczności posiłków. Co prawda, należy oddać sprawiedliwość pani doktor, że ostrzega potencjalnych użytkowników postu, że można czuć się źle podczas pierwszych dni jej stosowania. Może ja się znam, może mój sceptycyzm wyłazi, bo ja trochę jestem wychowana na m.in. Twoim blogu że takie dostarczanie kalorii jest złe.
    Na pewno przeczytam twoją recenzję tej metody na zrzucenie zbędnych kilogramów.
    Pozdrawiam!!

  • Jako osoba ze sporą nadwagą, kupuje i czytam wiele książek o dietach. Zanim podejmę się jakiejś diety, dobrze się z nią zapoznaję, sprawdzam czy jest to dla mnie, czy dam radę, czy jest tak skomponowana, że nie będzie męczarnią. Książki p. Szostak nie czytałam, natomiast książkę Dominiki Gwit kupiłam zaraz po premierze. Jest najlepszym przykładem na to, że źle dobrana i stosowana dieta nie prowadzi do niczego dobrego. Znam również i regularnie stosuję post dr Dąbrowskiej, który jednak nie jest dietą odchudzającą. Owszem, chudnie się, bo dostarczając niespełna 800 kcal dziennie trudno nie chudnąć, ale to nie chudnięcie jest głównym zadaniem postu, a leczenie chorób i w tym zakresie post dr Dąbrowskiej jest na prawdę skuteczny. Niemniej osoby, które nie mają pojęcia o odchudzaniu, diecie, zdrowym odżywianiu, nie powinny pod absolutnie żadnym warunkiem pisać książek na ten temat. Wiadomo jednak, że pieniądze nie śmierdzą i każdy chce je zarabiać… Pozostaje nam czytać takie recenzje, aby wiedzieć, czego należy unikać.

    • ja schudłam, po prostu, licząc kalorie. Aplikacja na telefon i jazda 🙂 Chudłam bardzo powoli, bo jadłam ok 1600 kcal dziennie, ale za to nie miałam tzw „dni oszustwa”. Nie przekroczyłam 2000 kcal. Teraz też jem normalnie 1850-200kcal dziennie. Mi się to bardzo podoba, ty sama sprawdź 🙂

  • Też właśnie chciałam to napisać 😀

    • ja tak samo 🙂 Monika staje się sławna!! 🙂

  • Bardzo mądra i potrzebna recenzja 🙂 Dobrze, że o tym piszesz 🙂

  • Pierwsze słyszę o tej pani! Czytałam Twój post z zapartym tchem, brzmi jak komedia. A komedią wcale nie jest i powinno się płakać, że takie durnoty są wydawane i ludzie je czytają :-((

  • Moim zdaniem nastały dość trudne czasy. Każdy chce być piękny, szczupły i szczęśliwy. I nagle każdy jest w tym temacie ekspertem. Jednego dnia słyszymy, że coś jest zdrowe, a drugiego dnia okazuje się, że od tego się tyje i nam szkodzi. Kiedyś sama wpadałam w pułapkę odchudzania. Co schudłam, to przytyłam z nawiązką. Bo odchudzałam się przez jakiś czas, a później wracałam do tego, co było. Teraz podeszłam do tego inaczej i jestem z siebie dumna. w ciągu 3.5 miesiąca schudłam 6kg i uważam, że to bardzo dużo. Wyliczyłam ile powinnam jeść kalorii a do tego ćwiczę i w końcu polubiłam sport. Zmieniłam swoje myślenie. Teraz jem, co lubię, ale staram się wybierać zdrowiej. Jedzenie sprawia mi radość, jem 5 razy w ciągu dnia, regularnie i czuję się przy tym bardzo dobrze. Mam czasem tylko jeden problem. Ludzie lubią oceniać. Kiedyś jadałam bardzo niezdrowo. O ile do obiadu jadłam jako tako, to po pracy potrafiłam wydać nawet 20 zł na jakieś niezdrowe przekąski i wystarczało mi to tylko na 1 dzień. Teraz nie uważam, że jem super zdrowo i nawet nie zamierzam. Uważam, że wszystko jest dla ludzi i zdarza mi się zjeść coś słodkiego, z tymże znacznie rzadziej a do tego nie mam przy tym wyrzutów sumienia. Większość moich znajomych wie, że się odchudzam. Przeszkadza mi bardzo to, gdy ktoś mi wytyka, co jem, co powinnam, a czego nie powinnam, lub mówi mi, że to co jem nie jest zdrowe. Czasami te uwagi są naprawdę nieprzyjemne. I nie rozumiem tego, bo osoby, które wytykają mi „błędy” odżywiają się dużo gorzej, a ja nigdy nie twierdziłam, że jem w 100% zdrowo. Uważam, że jeśli przez większość czasu jem zdrowo, to czasem mogę sobie pozwolić na coś niezdrowego. Poza tym jeśli to działa i psychicznie czuję się z tym dobrze, to nie widzę powodu, by to zmieniać. Czasem trafiam na takich „specjalistów”, że aż boję się przy nich jeść, żeby nie być ocenianą. Moniko, ten artykuł świetnie obrazuje to, co się dzieje teraz, że każdy wszystko wie i każdy chce na tym zarobić, a naiwni „my” to łykamy. Czy mogłabyś napisać o tym, jak radzić sobie z takimi „ekspertami”? Czasem naprawdę łatwo się w tym pogubić i dać się nabrać.

  • To chyba nawet lepsze niż Kasia Cichopek ucząca chudnąć po ciąży 😀

  • Piękna masakra książki nie ma jakieś instytucji która by ją zbanowała bo może zagrażać życiu i zdrowiu typowych Grażyn?

  • O ja głupia.Po medialnym szumie o schudnieciu tej celebryki w grudniu 2016 r.pokusiłam się na post Dr Dąbrowskiej.Jaka byłam głupia wtedy wiem dopiero teraz. Nic nie schudłam ale skutki odczuwam do teraz.Pierwszym z nich to bylo opóźnienie okresu o 19 dni.Żelazo spadło masakrycznie. Odporności nie mam wcale.5 antybiotyk właśnie kończę brać od tego nieszczęsnego grudnia. Ferrytyna poniżej normy.Jest źle.Jedyny plus to fakt, że poszłam po rozum i skorzystałam z pomocy dietetyczki i dopiero teraz czuję się dobrze na diecie.Tyle w temacie postu dr D. Takie podejscie jak ma ta celebrytka może wielu osobom zrobić krzywdę.

    • Pani Gosiu, tutaj również można pokusić się o stwierdzenie, że to, co jednej osobie zaszkodziło, innej może pomóc. Znam kilka osób, które leczą się postem dr Dąbrowskiej. Nie na zasadzie: „O, lepiej się czuję!”, tylko wykonują badania, powtarzają USG itp. Pozdrawiam 🙂

  • Spoko tylko czekac na efekt jojo…ile mozna tak zyc i tak jesc…

  • Monika, świetny, rzetelny tekst, który mam nadzieję, trafi do jak najszerszej grupy osób. Mitów na temat odchudzania i „złotych” metod jest multum, co i rusz trafiam na kretyńskie wiadomości w sieci (podczas świąt dowiedziałam się też od kilku bliskich osób, że dobra dieta nie może mieć więcej niż 1100 kalorii dziennie, że z owoców można jeść tylko pomelo, bo ma najmniej kalorii, a niektóre warzywa spalają kalorie podczas ich jedzenia i w zasadzie jesteśmy na minusie po konsumpcji… potem już nie słuchałam, bo mi czoło wklęsło od uderzania się w nie otwartą dłonią.

    A co do samej Karoliny Szostak, to myślę sobie, po fragmentach, które przytaczasz, że kryje się w jej historii mnóstwo smutku i zachowań wręcz obsesyjnych.

  • Sam jetem ciekaw co z efektem jojo a Tu coś o Twoim organiźmie http://czystyorganizm.pl/dobowy-zegar-biologiczny-czlowieka/

  • Bardzo dobry tekst. Jesteśmy takim gatunkiem leniwym, że ciągle szukamy wymówek. Niestety.
    Co do znanych osób, piszących książki. Moim zdaniem to ich sposób na przetrwanie i uzewnętrznianie się, ponieważ są bardzo samotni.

  • Brawo, że ktoś w końcu rzetelnie podszedł do tematu! Taka jest prawda, że celebryci niszczą rynek książki swoimi pseudo utworami, a w rzeczywistości mało który z nich ma coś do przekazania. Sukces Pani Szostak wart był zapewne sesji i kilku artykułów, ale żeby zaraz taka „merytoryczna” książka? Nie. Rynek księgarski to naprawdę nie jest łatwy zarobek… Już lepiej by ta Pani wyszła na wzięciu udziału w reklamie jakiegoś środka odchudzającego. Zresztą wydaje mi się, że przypadek Pani Dominiki Gwit jest dobitnym przykładem dlaczego nie warto takich książek pisać, ale niestety jej koleżanki nie wyciągają wniosków… A czy któraś z Was czytała książki Anny Lewandowskiej? Ona jest po dietetyce, więc prawdopodobnie się zna i ma wiedzę?

  • Dobrze wypunktowana recenzja.
    Choć temat odchudzania nie jest mi szczególnie bliski, to myślę, że takie subiektywne poradniki nieprawdopodobnie szkodzą czytelniczkom: budują złe nawyki i obniżają samoocenę. Kto normalnie pracujący ujedzie przez dłuższy czas na diecie 1300 kcal?
    Rozumiem chęć Karoliny do podzielenia się sukcesem. Ale trzeba było się spiknąć z dietetyczką/lekarką/trenerką i książkę napisać wspólnie, żeby uniknąć powielania szkodliwych mitów. Np. nie nazywać postu Dąbrowskiej dietą – to jest post leczniczy, nie dla każdego i na pewno nie styl życia.

  • Doszłam do wniosku że ja też powinnam napisać książkę ponieważ schudłam 30 kg
    Co z tego że robiłam to nie właściwie
    Że zamiast ładnej pupy mam dwa obcisłe flaki że zamiast ładnego brzucha mam jeden obwisły flak
    Po treningach nic nie jadłam spać szlam tak głodna że bolało mnie w przełyku
    Ale schudłam
    Nie lubiłam Szostaków od pierwszego momentu kiedy ich zobaczyłam ja fb
    Tak samo jak chodakowskiej następna pożal się Boże trenerka

  • A ja bez zadnej racjonalnej diety lub mniej racjonalnej skopiowanej dla każdego u dietetyka w 16 dni schudlam 8 kg po prostu z dnia na dzien przestalam jesc, glodowka to bylo pare lat temu wiec wierzę w takie detoksy ale wiadomo potem trzeba sie pilnowac;)
    Pozdrawiam

  • słuszny komentarz, jeszcze dodałabym, że tzw dieta dr Dąbrowskiej to nie jest dieta, tylko post. Jeżeli celebrytka jest na niej rok tzn, że jest chora, ale na głowę

  • Padłam 🙂 Dzięki za świetną recenzję 🙂 Teraz już na bank nie kupie jej książki :))

  • Ona nie miała problemu z jedzeniem słodyczy „Niektórym trudno jest zrezygnować ze słodkiego – dla mnie to żadne wyzwanie, bo ja nigdy nie jadłam takich rzeczy.” Żeby za chwile dowiedzieć się, że rzuciła się na „kubełek lodów karmelowych” i musiała się oczyszczać i przeczyszczać kapustą kiszoną haha

  • W zasadzie masz wielką rację, ale w szczególe już nie. Piszesz o indywidualnym podejściu, a przedstawiasz CPM i PPM. Człowieka nie da się włożyć we wzory. Mój mąż je ok. 500 kalorii dziennie, codziennie też ćwiczy albo jogę, albo grę w tenisa, w sezonie jeździ na nartach i pływa na widnsurfingu zawodowo (jest instruktorem). Ma 55 lat, wygląda doskonale i jest zupełnie zdrowy. Ja gdybym jadła 1500 kalorii to nie mogłabym się ruszać przez przyrastający tłuszcz – cała kobieca linia w mojej rodzinie tak ma, możemy jeść albo same warzywa, albo jak coś innego to w bardzo małych ilościach. Jak tłumaczył mi kiedyś lekarz, nasze ciała są przystosowane do głodu, ale nie do ucieczki czy walki, i magazynujemy. Wszystkie jesteśmy całkowicie zdrowe (babcia i prababcia umarły we śnie, ze starości, jak to się mówi). Warto też pamiętać o autofagii i być może nią tłumaczyć można nasze zdrowie, bo wszyscy zgodnie z rodzinną tradycją uskuteczniamy wiosenne głodówki na wodzie li tylko. Czego nie polecam bez odpowiedniego przygotowania i opieki przytomnego lekarza, oczywiście.

    • Faktycznie organizm ludzki nie jest książkowy i nie sposób zamknąć całej fizjologii człowieka w jednym, nawet skomplikowanym wzorze matematycznym (dlatego też często podaje się tak zwane „widełki”). Ale na pewno jest to dobry punkt odnieśnienia, od którego można zacząć. I mogę zapewnić, że profesjonalni dietetycy przy określaniu zapotrzebowania, biorą pod wiele czynników, aby jak najlepiej dobrać kaloryczność diety i w trakcie prowadzenia podpopiecznego modyfikują swoje pierwotne założenia jeśli nastąpi taka potrzeba 🙂 Ale spożywanie 500 kcal dziennie przez bardzo aktywnego i w kwiecie wieku mężczyznę wydaje się być stanowczo za mało i to bez żadnych wyliczeń.

Ta strona używa ciasteczek.
Dowiedź się więcej.
Ok!